Czas zapętlony, czyli 3 lata w Dubaju

Doskonale pamiętam ten moment, gdy dostałam  pracę w Emirates. Ponieważ spodziewałam się już telefonu z Dubaju, trzymałam aparat w trybie głośnym, mimo że normalnie jest on wyciszony. Sprawdzałam kilkukrotnie tego poranka, czy aby na pewno dźwięki działają głośniej niż zwykle, bo ówczesny telefon lubił płatać mi figle. Uff, wszystko działa jak należy, za każdym razem z ulgą oddychałam. Poszliśmy z Robem na spacer na krakowskie Planty i na moment zapomniałam o tym, by nieustannie mieć smartfona w dłoni. Jak to w życiu bywa, moment nieuwagi wystarczył. Gdy w pewnym momencie wygrzebałam go z dna torebki, zorientowałam się, że przegapiłam nie jeden, a dwa telefony z dubajskim prefiksem, co spełniło mój najgorszy ówczesny koszmar – to niemal tak, jak nastawia się pięć budzików, by rano zdążyć na ważny autobus i żaden z nich nie dzwoni lub nas nie budzi. Gdyby nie Rob, na pewno czekałabym na trzeci telefon, który być może prędko by nie nadszedł – to Rob kazał mi zrobić coś, co stało w sprzeczności z moim normalnym postępowaniem, mianowicie oddzwonić.

Oddzwoniłam. I tak się zaczęło.

Ponad 3 lata później, wciąż nie wierzę, że przytrafiła mi się ta największa jak dotąd przygoda, a wszystko dzięki temu, że wtedy oddzwoniłam.

Te 3 lata nauczyły mnie wiele, choć bardziej niż „nauczyły” chciałoby się powiedzieć: pokazały; na wiele rzeczy uwrażliwiły i otworzyły mi oczy. Tak po prostu, mimowolnie. Nauka zakłada chyba jednak jakąś chęć, wolę, swego rodzaju staranie – tymczasem dubajska przygoda to raczej stan otwartości umysłu. Może przerodzić się to w stan jego zamknięcia, w zależności od charakteru i poglądów, bo temu też życie w Dubaju i moja praca sprzyjają.

3 lata w Dubaju sprawiły, że innego znaczenia nabrał dla mnie czas. Nikomu nie trzeba tłumaczyć, że praca stewardessy to długie, nieraz 12-, 16-godzinne loty na drugi koniec świata. Tyle wiedziałam sama, nie zdawałam sobie jednak sprawy, z czym będzie to się wiązać. Lot z Dubaju do Houston czy Auckland trwa niemal 16 godzin, doliczyć do tego trzeba czas przed lotem, bo dla nas praca zaczyna się 2 godziny wcześniej – a przecież trzeba też odpowiednio wcześniej wstać, wymalować się, ubrać i spakować, zjeść śniadanie – co dla mnie jest zawsze najważniejszym punktem przygotowań. Nieważne, czy muszę stawić się o 8 rano czy o 2 w nocy – dobrze wiem, że zanim zjem coś konkretnego minie dużo czasu, wolę więc nastawić budzik 20 minut wcześniej, by w spokoju zjeść owsiankę czy jajecznicę. Po wylądowaniu musimy jeszcze dopełnić kilku pokładowych obowiązków, przejść przez kontrolę paszportową, dojechać do hotelu – taka podróż to czasem kolejna godzina…zanim znajdziemy się w hotelowym pokoju mija sporo czasu. A wtedy – cóż, gdy w miejscu, do którego dotarliśmy, jest środek dnia, mimo że dubajski zegarek i rytm ciała wskazują na środek nocy, czasem jedynym wyjściem jest…wyjście na miasto. Przecież szkoda dnia! Wyspać się można zawsze we własnym łóżku, po powrocie do Dubaju. Przecież sen jest dla słabych, a my nie po to wykonujemy te prace i lecimy na drugi koniec świata, żeby przespać dzień.

I tak czas się zapętla. To tylko jeden z przykładów opisu zwykłego dnia pracy, ale często, oprócz tych lotów, które zabierają nas w dalekie krainy, mamy też krótkie, trwające średnio mniej niż 4 godziny w jedną stronę loty tam i z powrotem, tzw. turnaroundy. Iran, Indie, Arabia Saudyjska czy Etiopia są zbyt blisko, byśmy zostawiali tam na noc (z małymi wyjątkami). Taki dzień również może trwać w nieskończoność – gdy pierwszy lot odchodzi z Dubaju o 3 nad ranem, w pracy musimy się stawić o 1, a wracamy do domu o 13 – czasem 12-godzinny Nowy Jork jest przy takim turnaroundzie jak bułka z masłem. Czas się zapętla, przyspiesza i zwalnia, budzimy się w niedzielę, chodzimy spać we wtorek, nagle jest środa, ale wracamy do domu i czas się cofa do wtorku. Mój zegarek zawsze pokazuje godzinę, która jest w Dubaju, ważne przecież, by mieć coś stałego. Bywa, że 3-godzinny lot ciągnie się w nieskończoność, a ten, który trwa godzin 12 przemyka w okamgnieniu. Miesiące mijają w takim tempie, jak tygodnie, tydzień to czasami jeden długi lot. Czas nabrał dla mnie zupełnie innego wymiaru.

Pory roku? Blef. Skutecznie można unikać zimy i złej pogody, wystarczy tylko dobrze zaplanować roster. Upalne lato w Dubaju? Owszem, jeśli spędza się tu wystarczająco dużo czasu, by je poczuć, a przecież można wziąć urlop i wyjechać. Z utęsknieniem wyczekujemy arabskiej zimy, a to przecież nic innego, jak znane z polskich klimatów…lato.  Przy odrobinie wysiłku śnieg i mróz, a także deszcz i burze stają się powodem do odwiedzenia danego miejsca – grudniowa Moskwa, Azja w trakcie monsunu, huragan w Hong Kongu…Zjawisk pogodowych znanych mi wcześniej wyłącznie z telewizyjnych wiadomości doświadczam teraz na własnej skórze.

Nauczyłam się, że ludzie podróżują z wielu rozmaitych powodów. Że mieszkają w Dubaju i wykonują tę samą pracę, co ja, nie tylko po to, by podróżować. Każdy tutaj ma swoją historię, niepowtarzalną i odróżniającą go od innych.

Praca i podróże pokazały mi miejsca najbogatsze i najbiedniejsze. Wbrew pozorom, nie wszyscy, którzy podróżują luksusowymi wydawałoby się liniami, należą do zasobnych – oprócz lotów do bogatszych miast świata mamy w swojej siatce połączenia do tych raczej biednych. Pasażerowie lotów do Pakistanu, Indii, Bangladeszu i nie tylko to prości robotnicy, którzy w Dubaju ciężko pracują i nierzadko tylko raz do roku mają szansę krótkiego odwiedzenia rodziny. Na ich widok nasze pracownicze narzekania i pojękiwania ustają, bo nikt nie wyobraża sobie, by mógł być na ich miejscu.

Tymczasem my nawet w najuboższych krajach nocujemy w najlepszych hotelach, dostajemy diety na wyżywienie i zniżki na hotelowe usługi. W Dubaju na rachunki nie wydajemy wiele, bo wszystko to opłaca nasz pracodawca. Wydawałoby się, że oszczędzanie przychodzi łatwo? – cóż… różnego rodzaju zniżki kuszą, żeby raczej wydawać, niż oszczędzać. Łatwo wpaść w błędne koło spłacania karty kredytowej z poprzedniego miesiąca nowo otrzymaną pensją i w efekcie powtarzanego z miesiąca na miesiąc zdania : „jeszcze jeden miesiąc, jeszcze jeden kontrakt…”

Łatwe życie w dobrobycie uzależnia, przyznaję z pełnym przekonaniem. Rozmowy z przyjaciółmi, wykonującymi inne, „przyziemne” prace uświadamiają mi lekki absurd i oderwanie od rzeczywistości świata, w którym na co dzień przebywam. Problemy „normalnych” ludzi w naszej społeczności nieomal nie istnieją, ekscytujemy się tu zgoła innymi rzeczami („znowu zmienili serwis”, „A. podkablował B. do przełożonych”, „zamiast obiecanych 3 lotów dziennie do C. znowu są tylko 2”, „wyobraź sobie że w D. znowu zmienili nam hotel!” itd.).

Skutki, jakie latanie ma na nasze ciało, to temat na osobny artykuł. Nie bez kozery to jedna z głównych przyczyn, dla których crew rezygnują z pracy w przestworzach. Zmiany ciśnienia, ciągłe przebywanie w klimatyzowanej, zamkniętej przestrzeni, bycie wystawionym na zarazki i bakterie z całego świata, do tego brak snu i rozregulowany tryb życia – o tych i wielu innych sprawach i ich konsekwencjach staramy się nie myśleć. Na szczęście, mój organizm radzi sobie z nimi stosunkowo dobrze, rzadko choruję i moja odporność odkąd zaczęłam latać wcale gwałtownie nie spadła – najdłużej z latania wykluczył mnie przykry wypadek w Hong Kongu, ale to inna historia… 😀 Crew zażywają wiele specyfików – łykają witaminy, oleje, piją cudowne mieszanki, co jakiś czas dosypują nowych magicznych proszków do wody, którą piją na pokładzie. Każdy radzi sobie, jak umie – szybko uczysz się czytać swój organizm, i że nie wszystkie recepty dobre dla jednej osoby, będą się sprawdzać dla Ciebie. Najprostsza rada, jaką ja mogę dać, to prowadzić zdrowy tryb życia: pić dużo wody, zarówno na locie, jak i na co dzień, zdrowo się odżywiać – ja staram się gotować własne jedzenie zawsze, gdy mam dni wolne; jedzenie pokładowe może być czasem zgubne, a zwłaszcza łatwy dostęp, jaki się do niego ma 😉 , ponadto na layoverach też „jem na mieście” więc lubię wiedzieć, co jem, tak często, jak tylko mam na to wpływ. Aktywność fizyczna to także konieczność, brak rutyny skłania do porzucenia ćwiczeń czy zajęć na siłowni, które kiedyś wykonywaliśmy regularnie, warto jednak się mobilizować i pamiętać, że wpływa to korzystnie na naszą kondycję i zdrowie (zawsze, nie tylko w pracy stewardessy!).

Latanie to najwspanialsza przygoda, jaka mi się dotychczas przytrafiła. Jeden telefon, który kiedyś wykonałam, odmienił moje życie o 180 stopni. Chciałabym zakończyć tego posta z prostym przesłaniem:  warto marzyć i warto w swoje marzenia wierzyć, mówić o nich głośno i się ich nie wstydzić. Czasami wokół nas dzieje się magia i kto wie, która wróżka naszych zwierzeń wysłucha 😉

 

Nujoum, czyli Gwiazda!

Zaproszenie na Nujoum
Zaproszenie na Nujoum

Czas leci jak szalony. Dopiero co zakładałam po raz pierwszy czerwoną koszulkę, dopiero co zakuwałam na egzaminy i stresowałam się praktycznymi zaliczeniami, a tymczasem kilka dni temu zamieniłam T-shirt, po którym każdy z łatwością rozpoznaje Ab Initio (czyli osobę, która jest na szkoleniu, czerwona koszulka oznacza, że jest się w początkowej jego fazie), na właściwy mundurek. Wciąż nie mogę w to uwierzyć! Jutro zaczynam ostatnią część szkolenia, czyli serwis. Jutro też z niecierpliwością sprawdzać będę nasz wewnętrzny portal w oczekiwaniu na swój pierwszy grafik! Sukcesywnie gromadzę wszelkie dokumenty, bez których latanie nie byłoby możliwe, i wciąż się zadziwiam, jak dzisiaj, gdy uderzyło mnie, że lepiej żebym wszystkie odebrała na czas, bo za 2 tygodnie będę już w powietrzu!

Tydzień zaczęliśmy od Nujoum, czyli jedynej części szkolenia, o której w zasadzie nie wiedziałam nic. I słusznie, gdyż jako jedyny dzień, ma on być totalnym zaskoczeniem, i jest, lepiej lub gorzej, ale wciąż strzeżonym sekretem Emirates. Aby utrzymać tę tajemnicę, powiem tylko, że traktowali nas jak książęta i księżniczki i karmili lepiej niż w niejednej restauracji 🙂

Nujoum, czyli Gwiazda!

Zaproszenie na Nujoum

Zaproszenie na Nujoum

DSC_3081

Jak widać na zdjęciu, nie obowiązywały nas żadne wytyczne co do stroju, z różnych względów miał on być po prostu wygodny – miła odmiana, zwłaszcza że już następnego dnia po raz pierwszy wystąpiliśmy w naszych nowych – właściwych – mundurkach. Wspomnę tylko, że od teraz będą one na stałe częścią naszego życia w Dubaju (i nie tylko tam ;)).

IMG-20140818-WA0001 IMG-20140818-WA0003 IMG-20140818-WA0004 IMG-20140818-WA0005 IMG-20140818-WA0006 IMG-20140818-WA0007 IMG-20140818-WA0008 DSC_3071 DSC_3073

Zaczyna się robić poważnie 😉

Wczoraj, w ramach nauki na dzisiejszy egzamin z security, poszłyśmy z dziewczynami na plażę. Chociaż ‚poszłyśmy’ to za dużo powiedziane, jako że jechałyśmy taksówką – nie da się tutaj doprawdy poruszać inaczej. Poważnie zastanawiam się nad kupieniem samochodu, jak już będę piękna i bogata; musi to być olbrzymi komfort, szczególnie że Dubaj nie jest przyjazny pieszym wędrówkom, czym jestem głęboko rozczarowana. Poczekam aż pogoda się nieco odmieni, może wtedy moje spacery przybiorą na sile; gdyby zima była już teraz, nasza podróż powrotna z plaży przebiegłaby o wiele sprawniej, a tymczasem błąkałyśmy się po obcej nam okolicy, zachęcane do tego pokrzykiwaniami odzianych w arabskie szaty lokalnych chłopaków, którzy koniecznie chcieli nam to wyperswadować z głowy, jednocześnie proponując podwózkę do domu. Szczęśliwie, w końcu złapałyśmy taksówkę 😉

Plaża za to – całkiem ładna. Byłaby jeszcze piękniejsza, gdyby nie czarnoskórzy ‚nurkowie’ wynurzający się z wody ni stąd, ni zowąd, tuż przed naszym legowiskiem…

DSC_3075 DSC_3077 DSC_3079

W zasadzie to tyle z pustynnych nowinek. Jestem taka podekscytowana zbliżającym się grafikiem, trzymam kciuki chyba najbardziej za Paryż i Amsterdam jako moje suppy flights. Niebawem się okaże!

Pozdrowienia z pustyni, u nas już prawie weekend! 🙂

Życie na pustyni

Marhaba! Witajcie!

Dzień dobry!

Dzień dobry!

Już od tygodnia wiodę pustynne życie. Kto by pomyślał! Zwłaszcza mieszkając w mieście, które nigdy nie śpi – Dubaj nosi ten sam przydomek, co Nowy Jork. Ponad 200 wymieszanych narodowości i kultur sprawia, że miasto jest jedną z największych kosmopolitycznych metropolii świata. Wydawać by się mogło, że towarzyszyć temu będzie kolorowy harmider, a największym problemem, z jakim będzie się zmagać Dubaj, może być nieco mniej barwny dysonans. Nic bardziej mylnego. Co ciekawe, najbardziej widoczne jest to w ramadanie, w którym znajdujemy się obecnie.

Muszę przyznać, że data mojego wyjazdu początkowo zasiała we mnie lekkie przerażenie. Środek lata, a przecież Dubaj to pustynia, upały więc będą ogromne! Środek ramadanu, a przecież nam kultura arabska jest co najmniej obca, jak tu więc przetrwać zakazy, które muzułmańskie prawo nakłada także na turystów! I choć istotnie, kosztowało mnie trochę wysiłku przyzwyczaić się do tego, że nie wolno publicznie jeść, pić czy żuć gumy, to nie jest to aż tak wielkim problemem, jak może się wydawać. Wszechobecne przypomnienie o ramadanie jest dużym ułatwieniem dla osób, które zupełnie nie są do niego przyzwyczajone – zamknięte restauracje i kawiarnie, obostrzenia w centrach handlowych, które albo sprzedają produkty wyłącznie na wynos, albo do zachodu słońca nie sprzedają ich wcale, słowa naszych trenerów, specjalne zniżki i wyprzedaże, które oferują wszystkie właściwie sklepy – wszystko to nieustannie przykuwa naszą uwagę i sprawia, że pamiętamy, gdzie jesteśmy, i że naszym obowiązkiem jest szanować lokalne prawo. Wydaje mi się, że kosmopolityzm tego miasta najmocniej jest wyczuwalny właśnie teraz, kiedy wszyscy przyjezdni (a jest ich zdecydowana większość! Statystyki mówią o około 80% ludności przyjezdnej przy nieznacznym udziale tych, którzy mieszkają w tym regionie od pokoleń) jednoczą się w szacunku do lokalnego prawodawstwa i mimo tak ogromnej różnobarwności chcą i potrafią zachowywać się zgodnie z panującymi tu zwyczajami.

Powoli przyzwyczajam się do Dubaju, do wczesnych poranków, do swojej hinduskiej ‚dzielni’. Odbyłam już eskapadę do jednego z większych marketów, który znajduje się w pobliżu, i ogrom produktów, jaki tam zastałam, przerósł moje najśmielsze oczekiwania. Jestem znana z długich, samotnych spacerów do supermarketów w obcych krajach (Najlepszy Kuzyn może to swobodnie potwierdzić), ale tym razem moja wyprawa po kawę i mleko przemieniła się w 1,5 godzinną wędrówkę między regałami. Może to też trochę pomogło mi się zaaklimatyzować, znalazłam swoje miejsce i swój sklep i już czuję się jak w domu 😉

Jednocześnie Dubaj wciąż pozostaje wielonarodową ‚oazą na pustyni’. Nie tylko dlatego, że daktyle są jedną z najbardziej smakowitych przekąsek 😉 Nawet w środku miasta może się przydarzyć moment, kiedy będzie trzeba przedzierać się przez piach, tak jak ja robiłam wczoraj – szukałam skrótu do mieszkania moich koleżanek i droga niestety prowadziła przez morze piasku. Na potwierdzenie moich słów:

Pustynia pustynia i jeszcze raz pustynia

Pustynia pustynia i jeszcze raz pustynia

Pustynne widoki z okna

Pustynne widoki z okna

Jest i 'teren zielony'

Jest i ‚teren zielony’

To, że minął już tydzień, odkąd przyleciałam, najlepiej potwierdza nowa grupa new joiners, która wystartowała dzisiaj. Wczoraj wspólnie z kolejnym nowym Polakiem w Dubaju wybrałyśmy się ‚zwiedzać’. Pakistański taksówkarz nie widział problemu, abyśmy wpakowali się do jego 5-osobowego samochodu w 5 osób (co razem z nim daje 5+1=6 osób!), w trakcie jazdy jednak musiał sobie przypomnieć o tym, że grozi mu za to mandat, kazał więc jednej głowie na tylnim siedzeniu się schować, ah te polskie, znane każdemu praktyki, tak międzynarodowe 😉 Kosmopolityczny i ‚światowy’ Dubaj ma też swoje ciemne strony, jedną z nich jest tania siła robocza, jaką stanowią przybysze z Pakistanu, Indii i krajów sąsiednich. Wykonują ciężkie i mało płatne prace, mieszkają niekiedy w ciemnych barakach albo przy głośnych i ruchliwych arteriach, czasem (podobno, smutno w to wierzyć) wynajmują wręcz łóżka na godziny. Moja rada: bądź miły dla taksówkarza. Nauczka, jaką miałam przy przypadkowym ‚wizytowaniu’ Sharjah, dała mi już wtedy trochę do myślenia. Kolejnym miejscem, w którym można doświadczyć, jaką wartość ma dla niektórych tutejszych ludzi pieniądz, jest Deira. Oprócz słynnego Targu Złota (Gold Souk), nie udało nam się zobaczyć w zasadzie nic innego – brak zorganizowania plus okropny okropny upał, który mimo późnej nocnej godziny w ogóle wydawał się nie ustępować, przy braku sklepu, który mógłby zaopatrzyć nas choćby w butelkę wody, spowodowały, że wędrowaliśmy jak zbłąkani turyści-niemoty po ulicach Deiry, odpędzając od siebie tłumy „sprzedawców”m oferujących nam a to złoty zegarek, a to najnowsze modele telefonów, a to torebki/buty/ubrania najdroższych projektantów (co ciekawe – na jednym wydechu potrafili wymienić więcej nazwisk niż ja przy 15-minutowym zastanowieniu), w ogóle nie kryjąc, że miałyby to być podróbki. Żar pustyni, melodyjny głos imama, odprawiającego modły w niemal kilkunastu mijanych przez nas meczetach, błysk złota i tandety w mijanych przez nas wystawach – rzecz jasna zgubiliśmy drogę w plątaninie neonowych ulic a czas był już wracać. Moja rada: w Dubaju zawsze warto nosić przy sobie chustę tudzież lekki sweterek, nie tylko jeśli jesteś dziewczyną i chcesz szanować lokalną kulturę, zakrywając ramiona – także aby oddalić ryzyko przeziębienia, o które już teraz rozumiem jak łatwo, kiedy rozgrzany 40-stopniowym powietrzem wchodzisz w czyste klimatyzowane, MOCNO klimatyzowane pomieszczenie. A tak, nawiasem mówiąc, wyglądają przystanki autobusowe w Dubaju, byłam-widziałam-potwierdzam:

Tak blisko a tak daleko, byle dojść!

Tak blisko a tak daleko, byle dojść!

W całej okazałości!

W całej okazałości!

Smile! Jest już chłodno!

Smile! Jest już chłodno!

To jeszcze kilka zdjęć z dzielnicy Deira:

DSC_3032

DSC_3033

DSC_3037

DSC_3038

DSC_3039

DSC_3043

DSC_3044