Czas zapętlony, czyli 3 lata w Dubaju

Doskonale pamiętam ten moment, gdy dostałam  pracę w Emirates. Ponieważ spodziewałam się już telefonu z Dubaju, trzymałam aparat w trybie głośnym, mimo że normalnie jest on wyciszony. Sprawdzałam kilkukrotnie tego poranka, czy aby na pewno dźwięki działają głośniej niż zwykle, bo ówczesny telefon lubił płatać mi figle. Uff, wszystko działa jak należy, za każdym razem z ulgą oddychałam. Poszliśmy z Robem na spacer na krakowskie Planty i na moment zapomniałam o tym, by nieustannie mieć smartfona w dłoni. Jak to w życiu bywa, moment nieuwagi wystarczył. Gdy w pewnym momencie wygrzebałam go z dna torebki, zorientowałam się, że przegapiłam nie jeden, a dwa telefony z dubajskim prefiksem, co spełniło mój najgorszy ówczesny koszmar – to niemal tak, jak nastawia się pięć budzików, by rano zdążyć na ważny autobus i żaden z nich nie dzwoni lub nas nie budzi. Gdyby nie Rob, na pewno czekałabym na trzeci telefon, który być może prędko by nie nadszedł – to Rob kazał mi zrobić coś, co stało w sprzeczności z moim normalnym postępowaniem, mianowicie oddzwonić.

Oddzwoniłam. I tak się zaczęło.

Ponad 3 lata później, wciąż nie wierzę, że przytrafiła mi się ta największa jak dotąd przygoda, a wszystko dzięki temu, że wtedy oddzwoniłam.

Te 3 lata nauczyły mnie wiele, choć bardziej niż „nauczyły” chciałoby się powiedzieć: pokazały; na wiele rzeczy uwrażliwiły i otworzyły mi oczy. Tak po prostu, mimowolnie. Nauka zakłada chyba jednak jakąś chęć, wolę, swego rodzaju staranie – tymczasem dubajska przygoda to raczej stan otwartości umysłu. Może przerodzić się to w stan jego zamknięcia, w zależności od charakteru i poglądów, bo temu też życie w Dubaju i moja praca sprzyjają.

3 lata w Dubaju sprawiły, że innego znaczenia nabrał dla mnie czas. Nikomu nie trzeba tłumaczyć, że praca stewardessy to długie, nieraz 12-, 16-godzinne loty na drugi koniec świata. Tyle wiedziałam sama, nie zdawałam sobie jednak sprawy, z czym będzie to się wiązać. Lot z Dubaju do Houston czy Auckland trwa niemal 16 godzin, doliczyć do tego trzeba czas przed lotem, bo dla nas praca zaczyna się 2 godziny wcześniej – a przecież trzeba też odpowiednio wcześniej wstać, wymalować się, ubrać i spakować, zjeść śniadanie – co dla mnie jest zawsze najważniejszym punktem przygotowań. Nieważne, czy muszę stawić się o 8 rano czy o 2 w nocy – dobrze wiem, że zanim zjem coś konkretnego minie dużo czasu, wolę więc nastawić budzik 20 minut wcześniej, by w spokoju zjeść owsiankę czy jajecznicę. Po wylądowaniu musimy jeszcze dopełnić kilku pokładowych obowiązków, przejść przez kontrolę paszportową, dojechać do hotelu – taka podróż to czasem kolejna godzina…zanim znajdziemy się w hotelowym pokoju mija sporo czasu. A wtedy – cóż, gdy w miejscu, do którego dotarliśmy, jest środek dnia, mimo że dubajski zegarek i rytm ciała wskazują na środek nocy, czasem jedynym wyjściem jest…wyjście na miasto. Przecież szkoda dnia! Wyspać się można zawsze we własnym łóżku, po powrocie do Dubaju. Przecież sen jest dla słabych, a my nie po to wykonujemy te prace i lecimy na drugi koniec świata, żeby przespać dzień.

I tak czas się zapętla. To tylko jeden z przykładów opisu zwykłego dnia pracy, ale często, oprócz tych lotów, które zabierają nas w dalekie krainy, mamy też krótkie, trwające średnio mniej niż 4 godziny w jedną stronę loty tam i z powrotem, tzw. turnaroundy. Iran, Indie, Arabia Saudyjska czy Etiopia są zbyt blisko, byśmy zostawiali tam na noc (z małymi wyjątkami). Taki dzień również może trwać w nieskończoność – gdy pierwszy lot odchodzi z Dubaju o 3 nad ranem, w pracy musimy się stawić o 1, a wracamy do domu o 13 – czasem 12-godzinny Nowy Jork jest przy takim turnaroundzie jak bułka z masłem. Czas się zapętla, przyspiesza i zwalnia, budzimy się w niedzielę, chodzimy spać we wtorek, nagle jest środa, ale wracamy do domu i czas się cofa do wtorku. Mój zegarek zawsze pokazuje godzinę, która jest w Dubaju, ważne przecież, by mieć coś stałego. Bywa, że 3-godzinny lot ciągnie się w nieskończoność, a ten, który trwa godzin 12 przemyka w okamgnieniu. Miesiące mijają w takim tempie, jak tygodnie, tydzień to czasami jeden długi lot. Czas nabrał dla mnie zupełnie innego wymiaru.

Pory roku? Blef. Skutecznie można unikać zimy i złej pogody, wystarczy tylko dobrze zaplanować roster. Upalne lato w Dubaju? Owszem, jeśli spędza się tu wystarczająco dużo czasu, by je poczuć, a przecież można wziąć urlop i wyjechać. Z utęsknieniem wyczekujemy arabskiej zimy, a to przecież nic innego, jak znane z polskich klimatów…lato.  Przy odrobinie wysiłku śnieg i mróz, a także deszcz i burze stają się powodem do odwiedzenia danego miejsca – grudniowa Moskwa, Azja w trakcie monsunu, huragan w Hong Kongu…Zjawisk pogodowych znanych mi wcześniej wyłącznie z telewizyjnych wiadomości doświadczam teraz na własnej skórze.

Nauczyłam się, że ludzie podróżują z wielu rozmaitych powodów. Że mieszkają w Dubaju i wykonują tę samą pracę, co ja, nie tylko po to, by podróżować. Każdy tutaj ma swoją historię, niepowtarzalną i odróżniającą go od innych.

Praca i podróże pokazały mi miejsca najbogatsze i najbiedniejsze. Wbrew pozorom, nie wszyscy, którzy podróżują luksusowymi wydawałoby się liniami, należą do zasobnych – oprócz lotów do bogatszych miast świata mamy w swojej siatce połączenia do tych raczej biednych. Pasażerowie lotów do Pakistanu, Indii, Bangladeszu i nie tylko to prości robotnicy, którzy w Dubaju ciężko pracują i nierzadko tylko raz do roku mają szansę krótkiego odwiedzenia rodziny. Na ich widok nasze pracownicze narzekania i pojękiwania ustają, bo nikt nie wyobraża sobie, by mógł być na ich miejscu.

Tymczasem my nawet w najuboższych krajach nocujemy w najlepszych hotelach, dostajemy diety na wyżywienie i zniżki na hotelowe usługi. W Dubaju na rachunki nie wydajemy wiele, bo wszystko to opłaca nasz pracodawca. Wydawałoby się, że oszczędzanie przychodzi łatwo? – cóż… różnego rodzaju zniżki kuszą, żeby raczej wydawać, niż oszczędzać. Łatwo wpaść w błędne koło spłacania karty kredytowej z poprzedniego miesiąca nowo otrzymaną pensją i w efekcie powtarzanego z miesiąca na miesiąc zdania : „jeszcze jeden miesiąc, jeszcze jeden kontrakt…”

Łatwe życie w dobrobycie uzależnia, przyznaję z pełnym przekonaniem. Rozmowy z przyjaciółmi, wykonującymi inne, „przyziemne” prace uświadamiają mi lekki absurd i oderwanie od rzeczywistości świata, w którym na co dzień przebywam. Problemy „normalnych” ludzi w naszej społeczności nieomal nie istnieją, ekscytujemy się tu zgoła innymi rzeczami („znowu zmienili serwis”, „A. podkablował B. do przełożonych”, „zamiast obiecanych 3 lotów dziennie do C. znowu są tylko 2”, „wyobraź sobie że w D. znowu zmienili nam hotel!” itd.).

Skutki, jakie latanie ma na nasze ciało, to temat na osobny artykuł. Nie bez kozery to jedna z głównych przyczyn, dla których crew rezygnują z pracy w przestworzach. Zmiany ciśnienia, ciągłe przebywanie w klimatyzowanej, zamkniętej przestrzeni, bycie wystawionym na zarazki i bakterie z całego świata, do tego brak snu i rozregulowany tryb życia – o tych i wielu innych sprawach i ich konsekwencjach staramy się nie myśleć. Na szczęście, mój organizm radzi sobie z nimi stosunkowo dobrze, rzadko choruję i moja odporność odkąd zaczęłam latać wcale gwałtownie nie spadła – najdłużej z latania wykluczył mnie przykry wypadek w Hong Kongu, ale to inna historia… 😀 Crew zażywają wiele specyfików – łykają witaminy, oleje, piją cudowne mieszanki, co jakiś czas dosypują nowych magicznych proszków do wody, którą piją na pokładzie. Każdy radzi sobie, jak umie – szybko uczysz się czytać swój organizm, i że nie wszystkie recepty dobre dla jednej osoby, będą się sprawdzać dla Ciebie. Najprostsza rada, jaką ja mogę dać, to prowadzić zdrowy tryb życia: pić dużo wody, zarówno na locie, jak i na co dzień, zdrowo się odżywiać – ja staram się gotować własne jedzenie zawsze, gdy mam dni wolne; jedzenie pokładowe może być czasem zgubne, a zwłaszcza łatwy dostęp, jaki się do niego ma 😉 , ponadto na layoverach też „jem na mieście” więc lubię wiedzieć, co jem, tak często, jak tylko mam na to wpływ. Aktywność fizyczna to także konieczność, brak rutyny skłania do porzucenia ćwiczeń czy zajęć na siłowni, które kiedyś wykonywaliśmy regularnie, warto jednak się mobilizować i pamiętać, że wpływa to korzystnie na naszą kondycję i zdrowie (zawsze, nie tylko w pracy stewardessy!).

Latanie to najwspanialsza przygoda, jaka mi się dotychczas przytrafiła. Jeden telefon, który kiedyś wykonałam, odmienił moje życie o 180 stopni. Chciałabym zakończyć tego posta z prostym przesłaniem:  warto marzyć i warto w swoje marzenia wierzyć, mówić o nich głośno i się ich nie wstydzić. Czasami wokół nas dzieje się magia i kto wie, która wróżka naszych zwierzeń wysłucha 😉

 

Sweet Lanka holidays

Wakacyjne wyjazdy mają to do siebie, że zazwyczaj są za krótkie. Zawsze cierpiałam na chorobę „przyszłego powrotu”, nieważne, czy to Berlin, Wrocław, włoskie wybrzeże czy francuska wioska – w każde z odwiedzanych miejsc obiecywałam sobie, że jeszcze wrócę. Nie inaczej jest ze Sri Lanką, na którą udałyśmy się niedawno wspólnie z Kasią. Nie tylko dlatego, że wracać chcę zawsze, ale głównie ponieważ nasz kilkudniowy pobyt na Cejlonie był po prostu o wiele za krótki. Piękne krajobrazy, mnogość rzeczy do zrobienia i miejsc do odwiedzenia wodziły nas na pokuszenie, a komukolwiek zwierzałyśmy się z tego, kiedy odlatuje nasz powrotny samolot, kręcił z niedowierzaniem i pewną dozą smutku głową.

Wyjazd zaczęłyśmy od relaksu. Po nocnym locie, dodatkowo opóźnionym kilka godzin, zgodnie stwierdziłyśmy, że należy nam się powolny, spokojny dzień. Zresztą miejsce, które wybrałyśmy sobie za nocleg – rzecz jasna, rezerwacji dokonując tuż przed odlotem z Dubaju – o wdzięcznej nazwie „Sweet Lanka”, nie zachęcało do niczego innego. Ponieważ byłyśmy w znajdującym się blisko lotniska Negombo, położonego też tuż przy plaży, po krótkiej drzemce tam skierowałyśmy swe kroki. Pusta plaża Negombo niestraszna była Kasi F., która od razu wyskoczyła z krótkiego kombinezonu i rozpoczęła marsz wzdłuż brzegu. Niestety, tamtejsza plaża do najczystszych  nie należy, co zresztą pamiętam z mojej pierwszej wizyty w tamtym miejscu, Boże Narodzenie 2014 spędzałam przyglądając się lokalnym rodzinom kąpiącym się w małej zatoczce na tejże samej plaży (więcej o tym w poście Obrazki z wystawy, czyli bliskie/dalekie Boże Narodzenie). Podobnie i teraz, spacer po lekko zaśmieconej plaży doprowadził nas do tego samego miejsca wspólnych kąpieli. Należy dodać, że tylko nie negroidalne rysy twarzy Lankijczyków były jasną wskazówką, że nie jesteśmy na afrykańskim wybrzeżu – skóra mieszkańców Cejlonu jest czasami bardzo ciemna. Maszerująca plażą Katarzyna stanowiła zatem sporą atrakcję, ba, nawet ja, choć z reguły nieklasyfikowana jako „typowa Polka”, wyróżniałam się na tle pozostałych plażowiczów. Dopełnieniem dnia był wieczorny masaż, na który udałyśmy się w towarzystwie Ingi, mówiącej po polsku Ukrainki, która od niedawna pracuje w Sweet Lance. Spa, do którego nad wzięła, zaspokoiło nawet standardy jadącego z nami Australijczyka, zawodowo ponoć zajmującego się masażem. Zrelaksowane, wybrałyśmy się jeszcze na wieczorny spacer po miasteczku, kierując się rzecz jasna na piwko. Po raz pierwszy musiałyśmy się zmagać ze zbytnią poufałością tubylców, którzy zaczepiali nas jadąc na skuterach, trąbili wymijając tuk tukiem, pogwizdywali z naprzeciwka. Wszystko to było znośne i dość przewidywalne, człowiek się przyzwyczaja, gdy od zamierzchłych czasów w drodze do szkoły trąbią na niego kierowcy ciężarówek. Trąbienie trąbieniem, nigdy jednak nie dochodziło do rękoczynów – a tym razem jeden z lokalsów pacnął Kasię po pupie, a tuż po tym w ciemnych zaułkach wiodących do naszego zakwaterowania dwóch nastoletnich szczyli zajeżdżało nam co i rusz drogę na motorku. Niby nic takiego, ale wszystko to nie było zbyt przyjemne i zostawiło Kasię w dość bojowym nastroju na resztę wyjazdu.

Następnego poranka, po pysznym, przygotowanym w lokalnym stylu śniadaniu, które zaserwowały nam Inga i pomagająca jej Delicja (z miejsca stałyśmy się fankami imienia), ruszyłyśmy w drogę. Tuk tukiem dojechałyśmy do dworca autobusowego, początkowo w towarzystwie pary Chińczyków, którzy również zatrzymali się w Sweet Lance. Jechaliśmy wszyscy w tę samą stronę, jednak przy okazji przesiadki, Chińczycy się nam zapodziali, i o miejsce w lokalnym autobusie, który szybko stał się naszym ulubionym środkiem transportu, mimo że dość trzęsącym, o czym jeszcze nieraz miałyśmy się przekonać, musiałyśmy walczyć już same. Dość szybko dokonałyśmy słusznej decyzji, którą było umoszczenie się tuż przy otwartych na oścież drzwiach z tyłu pojazdu. Początkowo założyłyśmy, że drzwi owe zostaną na czas podróży zamknięte, ku naszemu zdziwieniu i naszej radości, normalną praktyka jest, by drzwi były otwarte. Ma to kilka przyczyn. Podstawową jest „klimatyzowanie” autobusu w sposób naturalny, czyli tworzenie przeciągu. Bliska odległość od drzwi pozwoliła nam także na zaobserwowanie innego zjawiska, z powodu którego drzwi muszą być non stop otwarte. Na przystankach, w trakcie których niejednokrotnie pędzący autobus zwalniał, ale nie zatrzymywał się zupełnie, a także na dworcach w większych miastach i miasteczkach, do pojazdu wsiadali drobni handlarze, sprzedający wodę, czipsy, lokalne przekąski, ale także kursy języka angielskiego. Jako że ich produkty były dość chętnie kupowane, a autobus zaczynał się rozpędzać gdy oni jeszcze sprzedawali co mieli, kierowca bynajmniej nie czekał, aż skończą. Ze zdumieniem widziałyśmy, jak jeden po drugim, handlarze wyskakiwali z coraz szybciej jadącego pojazdu. Podobali nam się zwłaszcza ci, którzy za nic sobie mieli znajdujące się dość blisko inne autobusy, jeden z opuszczających w taki sposób autobus sprzedawca dosłownie zniknął w wąziutkiej szparce oddzielającej nas od innego autobusu. Byłyśmy pełne podziwu dla tego magika.

Naszym celem była Dambulla. Na szczęście, zwykle kontroler biletów w każdym z autobusów pamiętał, że jadą nim dwie dziewczyny, którym trzeba powiedzieć, kiedy mają wysiąść, więc nigdy nie skończyłyśmy przez własną nieuwagę w szczerym polu, co równie dobrze mogło się zdarzyć. Poinstruowane, że jesteśmy już w Dambulla, wysiadłyśmy, i szybko znalazłyśmy kierowcę tuk tuka, który nie tylko zaprowadził nas do lokalnej restauracyjki, gdzie zjadłyśmy same pyszności, łącznie z sokiem owocowym uzupełnionym lodami waniliowymi, ale zawiózł nas też do  Złotej Świątyni Buddy. Pierwsze, co rzuca się tam w oczy, to blask złotego „dzwonu”, czyli stupa – lub inaczej dagoba, prosta buddyjska budowla sakralna, przypominająca kształtem wielki „dzwon”. W różnych miejscach kultu przybiera ona  nieco inne formy. Mimo że w sakralnym kompleksie Dambulli stupa i lśniący, ogromny posąg Buddy to pierwsze, na co się natykamy, to nie te obiekty są tam celem wędrówek. Najważniejsze świątynie znajdują się bowiem w skale, znajdującej się na szczycie góry. Po wspinaczce na opanowane przez małpy wzgórze, najpierw wpada się w zachwyt nad rozciągającym się stamtąd widokiem. Dopiero po chwili człowiek przypomina sobie, po co wdrapywał się tak wysoko i w takim skwarze, w dodatku z pełnym brzuchem, co było naszym udziałem. Dambulla to przede wszystkim kompleks kilku skalnych jaskiń, w których znajdują się posągi Buddy, ale i – a jak dla mnie przede wszystkim, bo to zrobiło na mnie największe wrażenie – malowidła skalne, pokrywające sklepienia kilku znajdujących się tam jaskiń.

U stóp skrywającego skalne świątynie wzgórza wzniesiono  olbrzymi posąg siedzącego Buddy. Jak głosi tabliczka, wzniósł sobie ją sam na własną cześć i pamiątkę jeden z mnichów, bardzo nam się więc ten jakże słuszny przyczynek spodobał.

Do miejsca kolejnego noclegu, miejscowości Polonnaruwa, dojechałyśmy dość późno. Było już ciemno, więc skore byłyśmy skorzystać z tuk tuka, który przewiózł nas dosłownie 100 metrów i jego kierowca oznajmił, że jesteśmy na miejscu. W ten sposób zapoznałyśmy jednak Anterabante, który był naszym kierowcą także kolejnego dnia.

Zmęczone całodzienną jazdą, miałyśmy jednak wystarczająco siły, by wypić przywiezione na Sri Lankę wino. Do naszego stolika szybko dołączył gospodarz pensjonatu, Papa. Tak, gospodarze Sanctuary Cove kazali do siebie wołać Papa i Mama i z miejsca nas polubili, głównie dlatego, że ich syn – tak jak ja – mieszka w Dubaju. Mama nie przegapiła żadnej okazji, żeby pokazać nam rodzinne zdjęcia i zaprezentować historię każdego z trójki synów. Papa z kolei wychylił z nami kilka szklaneczek wina, rozczarował się, że nie palimy, i pomógł nam zaplanować następny dzień.

Po śniadaniu, któremu niestety daleko było do tego w Sweet Lance, ruszyłyśmy zwiedzać starożytne miasto. Podobnie jak Dambulla, wpisane ono jest na listę UNESCO. Papa zapowiedział nam, że 4 godziny w zupełności wystarczą, aby wszystko zobaczyć, nawet poruszając się pieszo. Na wczesne popołudnie miałyśmy zaplanowane słonie safari, czas miałyśmy wiec ograniczony. Niestety, Papa troszkę nas zmylił, a naszym zbawieniem okazał się Anterabante, który jesteśmy prawie pewne że na nas tego ranka czekał. Początkowo go zbyłyśmy, ale po wizycie w muzeum i zorientowaniu się, że czas jednak nas goni, gdy niezrażony Ante z daleka wymachiwał do nas zachęcająco rękami, zgodnie wsiadłyśmy do jego wyłożonego kartonami tuk tuka. Anterabante wyraźnie miał o nas nienajlepsze zdanie, ale dzięki jego prostym wskazówkom typu „tu, tam, 15 minut, szybko, parking” udało nam się zmieścić w czasie i objechać wszystkie części dość rozciągniętego w terenie zabytkowego, świętego miasta.

Po zwiedzaniu starczyło nam czasu tylko na to, by zaopatrzyć się w lokalne przysmaki, zwane przez nas „pierogami” przez proste porównanie smaku do naszych ruskich, i już jechałyśmy jeepem na safari. Na Sri Lance nieomal obowiązkiem jest zobaczyć słonie, ale miejsc, w jakich można je ujrzeć, jest kilka. Parki narodowe, w których słonie żyją sobie w buszu, organizują safari, a słonie można zobaczyć w ich naturalnym środowisku – gdy spacerują, wychodzą z gąszczu w stronę wody, całe rodziny kąpią się i taplają w błotku. Istnieją jednak także inne opcje – m.in. popularne wśród turystów słonie sierocińce. Mimo że tam można do słoniątek zbliżyć się najbardziej, dotknąć i pogłaskać, czego z wysokości jeepa zrobić nie można – ba, jeepa może przepłoszyć rozwścieczona słonica będąca w 22. miesiącu ciąży, broniąca swojego stadka, co przydarzyło się nam – to w sierocińcach, np. w słynnym Pinnawala, do którego nie miałyśmy zamiaru jechać, słoniątka i słonie zakute są w kajdany i wypuszczane tylko na czas kąpieli, gdzie i tak strzegą ich strażnicy. Od dłuższego już czasu uważam, że wszelkie atrakcje turystyczne, które angażują zwierzęta, powinno się wybierać ostrożnie. Słoniki widziałam z bliska w Kenii, kiedy to razem z crew wybraliśmy się do innego słoniego sierocińca w Nairobi, (Karibu, simba i Hakuna matata) ale tam nie było żadnych łańcuchów, kajdanów, a słoniki na porę karmienia i błotnych kąpieli przybywały z buszu. Niestety, masowa turystyka i bezmyślność zarówno przyjezdnych jak i chcących zarobić tubylców niejednokrotnie prowadzą do krzywdy zwierząt, i choć sama nie jestem może wielkim amatorem zwierząt, nie znaczy to, że ich los jest mi obojętny. Wręcz przeciwnie, do dziś pamiętam smutnego wielbłąda na pustynnym safari w Dubaju, którego „pracą” było chodzenie w kółko z co rusz innym turystą na grzbiecie.

Słonie spacerujące w grupie robią wrażenie. Małe słoniki a w środku, otoczone dorosłymi, nieco starsze słoniątka przekomarzające się w udawanej walce, czy wreszcie rozjuszona słonica, broniąca stadka przed zbyt blisko znajdującym się jeepem – wszystkiego doświadcza się z rosnącym szacunkiem i dosłownie wręcz otwartą z podziwu buzią. Trochę tylko żartowałyśmy, że szczęśliwie większość z obecnych zarówno w naszym samochodzie jak i pozostałych jeepach ludzi miała ogromne lunety przez które mogli oglądać i fotografować zwierzęta, zamiast zwyczajnie się im przyglądać. Sytuacją pokazującą absurd tego aparatowego szaleństwa była chwila, gdy w drodze do parku narodowego przejeżdżaliśmy nad brzegiem jeziora, jeep na chwilę się zatrzymał, wszyscy wstali na baczność i wymierzyli swoje trzecie oczy w coś, co na koniec okazało się pływającym na dmuchanej oponie mieszkańcem pobliskiego gospodarstwa. Bezmyślność łącznie z wiedzą pochodzącą tylko z najnowszej edycji Lonely Planet daje jak widać wiele.

Następnego dnia ruszyłyśmy do drugiego po Colombo największego miasta na wyspie, Kandy. Idąc po najprostszej linii oporu, nocleg zabukowałyśmy w filii Sweet Lanka. Samo Kandy do najpiękniejszych nie należy, choć ma swój urok. Jest dość dużym, „ucywilizowanym” na potrzeby turystów miastem, otaczającym znajdujące się w dolinie jezioro, ale za to skąd rozpościerają się cudowne widoki na okalające miasto góry. Jak poradził nam szefujący całej Sweet Lance Ukrainiec Volly,  najpierw poszukałyśmy jedzenia, a wieczorną porą udałyśmy się do największej atrakcji Kandy, Świątyni Zęba Buddy. Wieczorem, bo to wtedy odbywają się – trochę „odgrywane” dla turystów – barwne modlitwy i rytuały. Położona nad brzegiem wody świątynia robi wrażenie swoim rozmachem, ale także przyprawia o ciarki, gdy po raz pierwszy słyszy się uderzenia w bębny – miałam uczucie, jakbym nagle znalazła się w samym środku jednego z filmów o Indianie Jonesie.

Po typowym, wyśmienitym sweetlankijskim śniadaniu, Volly wyprawił nas do miejscowości znajdującej się w pobliżu Kandy, a raczej stacji kolejowej Peradeniya, po tym, jak nie udało nam się kupić biletów na pociąg do Ella w Kandy. Ta pokonywana przez pociąg trasa z Kandy do Ella polecana jest przez każdy przewodnik i portal podróżniczy. Nazywana jest jedną z najpiękniejszych na świecie, gdyż przecina malownicze pola herbaciane i zapiera dech w piersiach. Niestety, ze względu na to, że wielu ludzi korzysta z tego pociągu by dojechać z/do pracy, pociąg zwykle jest pełen, a miejsca trzeba rezerwować z wyprzedzeniem. Volly poradził nam jednak stację Peradeniya, gdyż trasa pociągu odjeżdżającego stamtąd omija Kandy, a w zasadzie jest taka sama, jednocześnie pociągi są mniej zatłoczone i łatwiej o miejsce siedzące. Bo nawet, gdy nie ma miejscówek, kupuje się bilet, i choć początkowo trzeba stać, siada się w momencie, gdy miejsce się zwalnia. Słuchając Volly’ego wiedziałyśmy, że mamy większą szansę usiąść tam, niż gdybyśmy wyruszyły z Kandy, bo o opcji Peradeniya nie każdy wie. I rzeczywiście, ludzi na peronie było mało, a gdy już umościłyśmy się w otwartych drzwiach wagonu, tak, aby przypadkiem nie wypaść, znalazły się dla nas miejsca w przedziale. Tam spędziłyśmy większość 6-godzinnej jazdy, w trakcie której nikt nie sprawdził nam biletów (odebrał je od nas dopiero strażnik na stacji Ella), choć prawdziwy fun jest wtedy, gdy stoi się w drzwiach i uważa, by nie wylecieć, co o włos przydarzyłoby mi się dwa razy, ale zdecydowanie było warto.

Ella to mekka backpackerów. Mimo że miasteczko jest dość niewielkie, pełno w nim hipisów i miejscowych hipsterów. Bez problemu znalazłyśmy tam kilka kawiarni – deficyt kawy w trakcie tej wycieczki początkowo dość mi doskwierał, no ale w końcu byłyśmy w krainie herbaty. Tymczasem Ella wydawała się kombinacją tego, co dobre, bo swojskie, z tym, co popularne, bo zagraniczne. I choć w przypadku Sri Lanki ciężko mówić o zmasowanej turystyce, bo chociażby w autobusach zawsze byłyśmy jedynymi turystkami wśród ludności lokalnej, to Ella może w przyszłości stać się miejscem obleganym przez masy.

Nasz pensjonat znajdował się na zboczu wzgórza i rozciągał się z niego przepiękny widok. Śniadanie, jakie zaserwował nam gospodarz, było wyjątkowo obfite, i dobrze, bo dało nam energię na wspinaczkę. Ruszyłyśmy zdobywać Ella Rock, do którego trasa rozpoczynała się od pokonania bez mała kilkuset stopni, a dalej wiodła wzdłuż torów kolejowych – przy czym słowo „wzdłuż” równie dobrze można zastąpić „po”, gdyż w zasadzie nikt nie bawił się w konwenanse i wszyscy spacerowali samymi torami, co jest normalne też dla lokalnej ludności. Naturalnie wyruszyłyśmy tak, aby złapać południowe słońce i spalić się jak raczki. Wiedziałyśmy, że z torów będziemy musiały odbić w stronę góry. Wiedziałyśmy również, że popularny jest proceder naganiania turystów przez tubylców i komplikowania prostej poniekąd trasy tak, aby szybko się oni zgubili i musieli – za opłatą – skorzystać z usług przewodnika. Nie myślałyśmy jednak, że same damy się nabrać i że znajdziemy się pośrodku krzaków i gąszczu kukurydzy, nie wiedząc, za kim równie pogubionym co i my podążyć. W końcu zaufałyśmy temu Lankijczykowi, który jasno i wyraźnie powiedział, że nie chce od nas żadnych pieniędzy, bo on ma swoje, a chce nam po prostu pomóc. Wyprowadził nas z buszu i pchnął ku właściwej ścieżce, skąd już droga była łatwa. Po niełatwej wspinaczce dotarłyśmy na szczyt i nie chciałyśmy z niego schodzić, tak było pięknie! Warto było upocić się najpierw jak świnki.

W Ella pojechałyśmy jeszcze zobaczyć słynne wodospady, gdzie trafiłyśmy najwyraźniej na porę wieczornej kąpieli okolicznej ludności, wodospad wyglądał bowiem jak wielka wanna. Z lekkim zażenowaniem zrobiłyśmy sobie zdjęcia, zostałyśmy obdarowane kryształami przez staruszków, którzy obłapili nas jak sępy, z zachwytem przyjęli to, że jesteśmy z Polski i zażądali pieniędzy, najlepiej obcej waluty, i najlepiej nie monet a banknotów, i to nie 10 a 20. W międzyczasie nawiązałyśmy nić przyjaźni z milczącym kierowcą tuk tuka, który zawiózł nas do hipsterskiego baru, i opuścił, gdy zorientował się, że trawki ani z nim nie wypalimy, ani nie możemy mu zaoferować.

Ciemną nocą ruszyłyśmy następnie do głównej drogi, gdzie łapać miałyśmy autobus jadący do Colombo, a stamtąd udać się prosto na lotnisko. Jako że był w sumie środek nocy, my nie spałyśmy zbyt długo, a autobus o tej porze świecił pustkami, usiłowałyśmy uciąć sobie drzemkę. Chwilę jednak zajęło nam przyzwyczajenie się do trzęsącego i pędzącego jak strzała autobusu. Jazda lankijskimi autobusami należy do osobnej kategorii sportów ekstremalnych i lepiej siedzieć z tyłu pojazdu, tak, by nie widzieć, jak za nic ma sobie zasady ruchu drogowego kierowca.

Sri Lanka zachwyca i szybko pokazuje, że warto wrócić. Nici wyszły z planowanego relaksu na plaży, zwiedzania innych miast czy choćby wizyty na polach herbacianych. I choć zrobiłyśmy tyle, ile realnie bez proszka fiuu! i zdolności teleportacji mogłyśmy zrobić, zawsze pozostaje niedosyt. Wygląda jednak na to, że Sri Lanka pozostaje wciąż nieco na uboczu podróżniczych – lub też raczej turystycznych – szlaków. Nie tak dawno zakończyła się tam trwająca 26 lat wojna domowa, być może dlatego Sri Lanka nie jest jeszcze tak popularna jak Tajlandia czy Seszele. I dobrze – im mniej turystycznego pędu w tym żyjącym wedle własnego jeszcze rytmu miejscu, tym lepiej. Tym częściej bileter pomoże nam wysiąść z autobusu na czas i wytacha za nami plecak, tym więcej będzie miejsc sprzedających curry&rice zamiast hamburgerów i pakujących lokalne jedzenie w ultrazrecyklingowane papierowe torebki w postaci kartki ze starego zeszytu spiętej spinaczem, tym chętniej kelner w restauracji podpowie nam że lokalne piwo gorsze jest od importowanego bo zeszłoroczna powódź dobrze na zbiory chmielu nie wpłynęła, tym łatwiej o szczere uśmiechy od współpasażerów  miejscowego autobusu.

 

You’re doing great, New York!

Jednym z naszych nieustających marzeń jest to, by na layoverach towarzyszyli nam znajomi. Mamie spodobałaby się beztroska plaża, siostrze – wyprzedaże, z chłopakiem można pić wino przy zachodzie słońca a w hipsterskiej kawiarni dzielić się ciastkiem z przyjaciółką bo wtedy zawsze można spróbować dwóch słodkości 😉 Rarytasem jest, gdy operuje się lot wspólnie z kimś znajomym, dlatego tym więcej radości sprawia możliwość wspólnych wyjazdów z dubajskimi przyjaciółmi. Po raz drugi wyruszyłam w drogę z Asią, i to drogę nie byle jaką – kierunek: Nowy Jork!

Z Nowym Jorkiem sprawa jest poniekąd prosta: tam zawsze się wraca. Tam zawsze coś się dzieje, zawsze jest coś do zobaczenia, miasto przecież nigdy nie zasypia. Nasze layovery nigdy nie są wystarczająco długie, bo w momencie, gdy NY przenika ci nieproszenie pod skórę, rozlega się bezczelnie wake up call, trzeba pakować walizkę i wracać. Od roku planowałyśmy więc, że początkiem czerwca 2016, mając za wymówkę odbywający się wtedy w NY festiwal muzyczny, wybierzemy się na wspólne wakacje do miasta ttylu niesamowitości, będącego w końcu „innym stanem umysłu”.

Jednym z bardziej przyjemnych zadań, z jakimi musiałyśmy się zmierzyć, było znalezienie noclegu. Normalni ludzie przygotowania do wyjazdu zaczynają od wyszukania biletów, zwykle na długo przed planowanym terminem wyprawy, często powiadomieni o super okazji przez internetowe portale, a dopiero potem szukają zakwaterowania. Ja rozpoczęłam przeglądanie nowojorskiego Airbnb zanim w ręku trzymałam bilet, bo przecież kupno go to nie problem. Ponieważ na co dzień do hotelu wiezie nas z lotniska autobus i niczym nie musimy się martwić, szukanie noclegu na okres wakacji to czysta przyjemność.

Zwłaszcza w Nowym Jorku. Airbnb ostatnio nie jest z Nowym Jorkiem za pan brat, bo tak jak i w kilku innych dużych miastach, zaczyna posądzać się je o bycie nielegalnym sposobem dorabiania na boku przez mieszkańców, co w zasadzie nie dziwi, gdyż ceny wynajmu w tej metropolii są bardzo wysokie. Ciężko się nam było zdecydować, gdyż co druga oferta wyglądała zachęcająco i obiecywała szansę znalezienia się w mieszkaniu przeniesionym z planu ulubionego amerykańskiego filmu czy serialu. Do tego stopnia zwlekałyśmy z podjęciem decyzji, że wysyłałam potwierdzenia rezerwacji tuż przed lądowaniem (niech żyje darmowe wifi w samolocie!!). Na pierwsze kilka nocy wybrałyśmy przytulne mieszkanko w dzielnicy Upper East Side. Albo raczej: coś, co miało nim być….

Szybko okazało się, że istotnie, chęć zarobienia łatwych pieniędzy musiała przyświecać naszemu hostowi. Airbnb to portal, który pozwala ludziom na odpłatne dzielenie się swoim mieszkaniem lub też zupełne go odstąpienie przyjeżdżającym, daleko mu jednak do darmowego couchsurfingu. Dziewczyna, z którą uzgadniałam szczegóły naszego przyjazdu, najwyraźniej nie była tego świadoma, gdyż mieszkanie było delikatnie mówiąc nieprzygotowane na nasz pobyt. Jasne się stało, że nowojorczycy podczas dłuższego wyjazdy z miasta chętnie odstępują własne lokum przyjezdnym, tak, by wyjazd się zwrócił. Na szczęście, penthouse z ogromnym tarasem na Harlemie, do którego przeniosłyśmy się po kilku pierwszych nocach, było jak niespodziewana wygrana w totka.

Najpierw kilka słów o festiwalu, na który specjalnie poleciałyśmy. W zasadzie, pisania nie ma wiele, gdyż z trzech dni, które przewidywał program, bawiłyśmy się tylko jeden, z różnych powodów. Pogoda popsuła nam plany i drugiego wieczora zamiast na teren festiwalu dotarłyśmy na margeritę do knajpki o wdzięcznej nazwie Ricardo Ocean & Grill, do której zresztą przygnał nas lejący się strumieniami deszcz. Z powodu nieustającej ulewy, trzeci dzień festiwalu odwołano, choć jak na złość, pogoda w niedzielę była piękna.

Nowy Jork ma to do siebie, że człowiek nieświadomie przemierza dziesiątki kilometrów, wędrując od jednej stacji metra do drugiej, krążąc po dzielnicach, namierzając kawiarnie i nieco się gubiąc. Obeszłyśmy Manhattan, Chelsea i SoHo, przejechałyśmy rowerami po Brooklynie, spacerowałyśmy po Harlemie i prawie dojechałyśmy do Bronxu. Z naszego mieszkanka na Upper East Side pobiegłyśmy na poranny jogging do Central Parku, wieczorem zwiedziłyśmy Williamsburg, zachłysnęłyśmy się hipsterskim Bushwick. Siedziałyśmy na schodach Metropolitan Museum of Art, jak na prawdziwie fanki  telewizyjnej „Plotkary” przystało, piłyśmy nowojorskie Mimosy i jadłyśmy bajgle. Na tyle innych rzeczy nie starczyło nam jeszcze czasu!

Kilka uwag/ciekawostek. Tak jak wynajem mieszkań w Nowym Jorku nie jest tani, tak dużo pieniędzy zostawia się na napiwkach. Po częstych wizytach w Stanach wiem już, że napiwek to podstawa, ale moje zdziwienie wywołała szybka zmiana średniej jego kwoty z 10 do minimum 18 %, a w niektórych miejscach tip w wysokości 2% był podstawą. Kulminacją była niecna próba dokonana przez fałszywie przyjaznych nam pracowników Ricardo, którzy usiłowali skasować nas napiwkiem podwójnie. Przyoszczędzić za to można na wizycie w Metropolitan Museum of Art, do którego za wejście każdy może zapłacić ile chce. Po kilku podchodach, które robiłyśmy w obawie żeby nie wyjść na skąpiradła, przekonałyśmy się, że wejść można równie dobrze za darmo! Próżno szukać też porządnego śniadania, i choć brunch jest instytucją samą w sobie, nowojorczycy na pierwszy poranny posiłek wybierają zwykle bajgla, kanapkę i kubek czarnej, filtrowanej kawy.

Powtarzając się, dodam, że do Nowego Jorku chce się wracać. I że nigdy się nie znudzi!

Wielka chińska wspinaczka

Widząc w grafiku Pekin, nie od razu wpadłam w zachwyt. Chiny, niby egzotyka ale przecież już byłam, trochę już nawet widziałam, zresztą lot miał być niby wymagający i wszystko jakieś odpychające… Dopiero po chwili do mnie dotarło – Pekin, Chiny i Wielki Mur!!

No właśnie. Przyzwyczajeni do luksusu życia poza miejscem i czasem, nieraz pochopnie sprowadzamy niesamowite miejsca do tego, jaki będzie lot i czy aby na pewno w hotelu jest darmowy internet. A tymczasem wyprawa do Chin to dla  niektórych spełnienie marzeń! I mnie się ona przytrafia ot, tak, nawet, gdy o to nie proszę 😉

Razem z kilkoma innymi crew, wybraliśmy się zatem na Wielki Mur. Po ponad godzinnej podróży poza miasto, dotarliśmy do podnóża gór, na których rozciągał się mur. Żeby było jasne, przyjechaliśmy w miejsce, które jest stosunkowo blisko od Pekinu. Różnie mówi się o długości muru, którego początki sięgają VII w. p.n.e. Jedni podają, że ma 2500 km, inni, że wliczając odnogi i rozgałęzienia, łączna długość może sięgać niemal 9000 km. Nie zmienia to faktu, że jest on po prostu DŁUGI. Najlepiej zachowane fragmenty są właśnie w okolicach chińskiej stolicy, choć dostać się na niego można w wielu miejscach. Mieliśmy duże szczęście, gdyż pogoda dopisywała. Mimo zimowej aury, świeciło mocne słońce, a powietrze było czyste i przejrzyste. A to ma znaczenie, gdyż Pekin słynie ze smogu, prawie tak jak Kraków 😉 – i ci, którzy byli w Pekinie tydzień przed nami, opowiadali, że wówczas nie było widać niemal nic. (Tak nawiasem, na briefingu przed lotem zostaliśmy zaopatrzeni w maski i poinstruowani, że wychodzimy z hotelu trochę na własne ryzyko, zanieczyszczenie powietrza jest bowiem tak duże….Rzecz jasna, maski posłużyły nam za wdzięczne atrybuty do zdjęć a ich kariera jako instrumentów ochronnych była dość efemeryczna.)

Zdecydowaliśmy, że na sam mur dotrzemy pieszo. Nasz kierowca nie był tym zachwycony. Przez całą drogę, od hotelu do parkingu pod murem, a stamtąd aż do samego wejścia na „teren obiektu”,  próbował nas przekonać do wzięcia alternatywnego środka transportu, czyli kolejki, podjeżdżającej na sam szczyt góry. Jedna z dziewczyn mówiła po mandaryńsku, więc to ona komunikowała się w tym języku z naszym kierowcą. Mimo to, z niewiadomych przyczyn co 5 minut wtrącał on angielską frazę, wypowiadaną na charakterystycznym chińskim ‚akcencie’ angielskim (wybuchowym) wydechu „Cable car, go high!”. Początkowo nie zwracaliśmy na to uwagi, ale kiedy nawet przy pytaniu o jedzenie, do jego chińskiej wypowiedzi wkradło się ponownie ” Cable car, go high!”, nie mogliśmy się już powstrzymać od śmiechu.

Szybko okazało się jednak, że nie bez powodu ostrzelał on nas tym hasłem tak wiele razy.

Pewni tego, że na mur wejdziemy schodami, postanowiliśmy najpierw coś zjeść. Na szczęście, pod murem urządzono urocze turystyczne miasteczko w moim ulubionym kiczowatym stylu, z makdonaldem, subwayem, kfc i mnóstwem sklepików z chińskimi pamiątkami. Były też klimatyczne fast-foodowe restauracyjki z chińskim jedzeniem w europejskim stylu,  które – w zasadzie jak wszędzie w świecie – wykorzystują instytucję naganiacza ulicznego, czy jak to się mówi w Krakowie, „promotora”, aby zaprosić przechodniów do wejścia. Ponieważ zima, i ponieważ „przechodniów” nie było aż tak wielu, co sprytniejsi zamiast wystawać na mrozie zaopatrzyli się w mikrofon i ilekroć widzieli nadchodzących turystów, łapali zań ochoczo i wesoło pokrzykiwali do potencjalnych klientów. Byłam naturalnie zachwycona.

Na szczęście, śniadanie zjadłam wcześniej w hotelu. Chiński fast-food niespecjalnie do mnie przemawiał. Gdy już wszyscy wciągnęli kurczaki i smażony ryż, ruszyliśmy podbijać mur. Pełni energii, stanęliśmy u stóp schodów, które początkowo – przynajmniej dla mnie – nie wyglądały groźnie… Szybko jednak zaczęła się prosta eliminacja palaczy i tych, którym wysiłek  fizyczny jest obcy. Mimo że przez jakiś czas żyłam w siłowniowym ‚denial’, schody nie miały prawa mnie pokonać, co nieomal stało się z połową naszej grupy. Dokonując jednak przerw co 10 stopni, jakoś dotarliśmy na szczyt. Po drodze jednak zgodnie stwierdziliśmy, że może kierowca pełen był najlepszych intencji, usiłując przekonać nas że „Cable car, go high!”, i że może niekoniecznie próbował naciągnąć nas na jazdę kolejką, z której jak podejrzewaliśmy miał jakiś profit.

No a po dotarciu na szczyt, cóż więcej można opisać – przeżycie było niesamowite. Nie mogłam uwierzyć, że moja noga stanęła na kolejnym ze współczesnych cudów świata!

Mur ciągnie się i ciągnie. W wąskich przejściach i ciasnych wieżyczkach wciąż można poczuć ducha dawnych czasów, gdy strażnicy strzegli granic chińskiego imperium przed wrogiem.  Łatwo sobie wyobrazić ich przemierzających kamienne ścieżki i spozirających przez malutkie okienka. Można też zostawić „ślad po sobie” w postaci podpisu na specjalnie przygotowanych do tego tablicach.

Pospacerowawszy po murze, gdy już poczuliśmy się wystarczająco przeniesieni w czasie, jako metodę powrotu postanowiliśmy wybrać zjazd w dół ‚bobslejem’. Tabliczka jasno przestrzegała przed zbytnim rozpędzaniem się, czego konsekwentnie strzegli porozsadzani w kilku krytycznych momentach trasy chińscy strażnicy. Do tej pory nie wiem jednak, jak można te saneczki rozpędzić tak, by prędkość była niebezpieczna, ja miałam problem by w ogóle zjechać w dół! 😀

Żałowałam, że czasu nie starczyło mi by dotrzeć jeszcze do Zakazanego Miasta. Następnym razem! Cieszę się, że do Pekinu mam jeszcze po co wracać 😉

Białe piaski Zanzibaru

Grudniowe wakacje. Gdy dla innych priorytetem jest poszukiwanie ośnieżonych stoków i idealnych warunków narciarskich, ja wyruszyłam – jak zwykle – by szukać jeszcze więcej słońca. Tak, by w końcu upały plaża i ocean wyszły mi bokiem 😉

Długo nie mogliśmy się z Robem zdecydować, gdzie pojechać tym razem. Z pomocą przyszła nam lista, którą sporządziliśmy kiedyś w przypływie natchnienia – lista podzielonych na kategorie miejsc, które chcemy odwiedzić, tak by wykorzystać maksymalnie moje pracownicze zniżki. Tym razem padło na egzotyczny Zanzibar, który do tej pory znałam głównie z piosenki Turnaua o zanzibarskich plażach.

Miało być ciepło, egzotycznie i słonecznie – i tak było. Już na lotnisku w Dar-er-Salam, stolicy Tanzanii, do której należy Zanzibar, a gdzie mieliśmy przesiadkę, powitało nas afrykańskie „Hakuna Matata”, czyli „No problem”! Gdy trochę przestraszona własną beztroską i ignorancją, stałam ramię w ramię z Robem w kolejce po wizę, uświadomiłam sobie, że oprócz odłożonych w kieszeni 50 dolarów brakowało mi w niej książeczki z wbitą pieczątką potwierdzającą szczepienie na żółtą febrę, biletu powrotnego, kopii paszportu i garści spokoju ducha. Po raz pierwszy i nie ostatni w trakcie tego wyjazdu okazało się jednak, że Afryka trochę jest jeszcze dzika i 50 dolarów w zupełności wystarczy, by załatwić wszystkie formalności. Ze względu na pracę, która otwiera mi wszystkie zagraniczne drzwi, dość niefrasobliwie podchodzę ostatnio do spraw typu wiza, przejazdy czy organizowanie wycieczek, które wcześniej miałam opracowane dość szczegółowo.

Po krótkim locie najmniejszym samolotem, w jakim chyba kiedykolwiek świadomie byłam, wylądowaliśmy na parnym Zanzibarze. Taksówką dojechaliśmy do „centrum”, Stone Town, miasteczka-stolicy wpisanego na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Stone Town, czyli Kamienne Miasto, trzeba przyznać robi wrażenie. Kamienne budynki, poprzecinane wzdłuż i wszerz siatką wąziutkich uliczek-korytarzy, mieszkańcy pozdrawiający z rzadka pojawiających się turystów-przechodniów, handlarze sprzedający pamiątki i otwarte na oścież małe sklepiki i zakłady. Wejść w labirynt zawiłych uliczek było równoznaczne z zagubieniem drogi, ale także z zanurzeniem się w zanzibarską codzienność. Jedną z najbardziej fascynujących rzeczy, na którą można się natknąć spacerując po Stone Town, są przepięknie rzeźbione, tradycyjne, drewniane drzwi, chyba jedyna ozdoba nagich kamiennych murów. Ale to wśród tych pustych ścian, na ulicy, toczy się codzienne życie mieszkańców.

Błądząc, dochodzi się do jednej z „atrakcji” miasteczka – miejsca, w którym znajdował się kiedyś targ niewolników. Zanzibar był ostatnim punktem na szlaku wędrówki tysięcy ludzi, pędzonych nieraz miesiącami z terenów Afryki Wschodniej. To stamtąd wyruszały łodzie pełne Afrykańczyków, sprzedanych wcześniej na zanzibarskim targu, płynące głównie do bogatych krajów arabskich. Dzisiaj na miejscu targu wybudowano anglikański kościół, a o niechlubnej historii przypominają powstałe stosunkowo niedawno rzeźby, przedstawiające zakutych w kajdany ludzi. Lokalny przewodnik pokazał nam także lochy, w których więziono niewolników, zanim zostali oni „wystawieni na sprzedaż”, ciasne niskie podziemia, w których przetrzymywano osobno mężczyzn, osobno kobiety i dzieci, bez jedzenia, wody, światła słońca.

Po próbie wyobrażenia sobie niewyobrażalnego cierpienia i tragedii afrykańskiej ludności, sprzedawanej często handlarzom przez wodzów wrogich plemion, którzy wygrali plemienne wojny, potrzebowaliśmy trochę jasności i słońca. Ruszyliśmy dalej. Doszliśmy nad brzeg oceanu, gdzie znajduje się Pałac Sułtana, a tuż obok niego – pałac drugiego sułtana, czyli tzw. House of Wonders, w którym mieścić się rzekomo miało muzeum – okazało się, że jest ono nieczynne… Co ciekawe, od jednego z lokalnych samozwańczych”przewodników” dowiedzieliśmy się, że jako strażnik pracował tam  ojciec Freddiego Mercurego, wokalisty The Queen – a nie Guns’n’Roses, czym próbował zbyć lokalsa Rob. W zasadzie jedną z bardziej irytujących rzeczy na Zanzibarze było to, że białego człowieka utożsamia się tam automatycznie z pieniędzmi, i mimo że to rozumiem, sposób, w jaki to robiono, był bardzo męczący. Na pamięć znałam zagrywki wszystkich ulicznych naganiaczy, „Hakuna Matata” „Jambo” i „Hello my friend” zaczęły mi wychodzić bokiem. Tak jak i widok współczesnych „Masajów”, czyli lokalnej wersji hipsterów. W samolotowej gazetce przeczytałam o trendzie powracania do korzeni przez młodzież i chęci ukazania własnej, plemiennej tożsamości, ale jasne było, że jest to nic innego jak „trend” wyłudzania pieniędzy, także od starszych, samotnych kobiet, co zaobserwowaliśmy raz podczas kolacji. Kolonizacja, niewolnictwo, a teraz industrializacja i wyzysk słabych afrykańskich krajów to pośród setek innych czynników powody, dla których w Afryce widzi się w turystach tylko dolary, ale zastanawiam się, do jakiego stopnia sami siebie o to prosimy, my, podróżujący. W jakim stopniu zmieniamy nieproszeni krajobraz odwiedzanych miejsc i wpływamy na życie mieszkańców. Ciężko nazwać to świadomym podróżowaniem, ale coraz częściej zadaję sobie trudne pytania, coraz częściej dostrzegam rzeczy, których wcześniej nie udawało mi się widzieć.

Ale wracając do opowieści o białych piaskach – po duchocie wiszącej między murami miasta, czekała nas jeszcze wyprawa nad morze. Wbrew poradom koleżanki z crew, której mąż pochodzi z Zanzibaru, zamiast w taksówkę, wsiedliśmy w dala-dala, czyli lokalny środek transportu w postaci małego busa lub dużej przyczepy, w której zamontowane są małe ławeczki. „Dworzec” znajdował się tuż przy targu, tak aby mieszkańcom dalszych zakątków wyspy ułatwić wyprawę na zakupy. Wiedząc, ile powinna nas nasza podróż kosztować, nie mogliśmy uwierzyć, gdy zamiast 3000 szylingów kierowca chciał od każdego z nas „wydrzeć” 17000… Po burzliwych negocjacjach doszliśmy do porozumienia, wrzuciliśmy plecaki na dach przyczepy i zajęliśmy miejsce w dala-dala. Nie wiedzieliśmy, kiedy odjedziemy, bo rozkładu jazdy nie ma, dala-dala odjedzie wtedy, kiedy jest pełne. Ale nawet pojęcie „pełne” w Afryce funkcjonuje trochę inaczej. W momencie, gdy myślałam, że już nikt więcej się w naszej przyczepce nie zmieści, „kontroler” zdołał upchnąć jeszcze 5 osób, potem 5 kolejnych, a na pierwszym przystanku za miastem, zamiast wysiąść, wsiadło jeszcze 10 nowych pasażerów. Byłam w zachwycie i myślałam tylko, jaka sobie siedzę w tym kąciku przyczepki szczęśliwa.

Dala-dala dojechaliśmy niemal pod same drzwi resortu Villa Kiva, w którym mieszkaliśmy przez kilka dni, w trakcie których uczyłam się nurkować. Zanzibar to świetne miejsce do nurkowania, i mimo że po pierwszym dniu treningu ze sprzętem w basenie miałam dość spore obawy, czy uda mi się przełamać i to polubić, kolejne dni przynosiły zamiast stresu coraz więcej zachwytu podwodnym światem. Aby móc nurkować w odpowiednich miejscach, najpierw wypływaliśmy łódką, do której zresztą też trzeba było wcześniej dojechać, pokonując afrykańskie wertepy. Szczerze mówiąc, nawet gdybym nie miała zanurzać się w wodzie, dla takich widoków sama wyprawa w morze byłaby warta!

Po uzyskaniu certyfikatu, zamieniliśmy zaciszne plaże Matemwe na gwarną Kendwę. Sama nie wiem, gdzie podobało mi się bardziej, pewne jest, że warto zobaczyć choć kilka z oblicz Zanzibaru i zdecydować samemu,  bo każde ma dużo do zaoferowania. Z Kendwy można dojść plażą do Nungwi, czyli na sam północny „czubek” wyspy. W trakcie jednego z takich spacerów, dokonaliśmy zadziwiającego odkrycia włoskiej duszy Zanzibaru… Z jakiegoś powodu, Włosi upodobali sobie to miejsce, i ich obecność zaznacza się na wyspie w postaci dostępnej wszędzie Lavazzy, lokalnych restauracji serwujących pastę i pizzę czy nawet włoskich potańcówkach i zabawach, prowadzonych rzecz jasna w italiańskim dialekcie. Na szczęście, odkryliśmy dzięki temu także Kiriku, prowadzoną przez blondwłosego, wyglądającego na 16-latka młodego Włocha hipsterską restauracyjkę, a w niej pyszne jedzenie i jeszcze pyszniejszą passion coladę, której z miejsca stałam się gorącym fanem.

Po kilku dniach robienia nic, wróciliśmy osobnymi samolotami do Dubaju. Dzień samotnego czekania na mój rejs postanowiłam umilić sobie ostatnią wizytą w podającej dobrą kawę kafejce w Stone Town. Z plecakiem na plecach, wsiadłam do jadącego z lotniska do centrum busika, i wysiadłam z niego dokładnie w tej sekundzie, gdy z nieba runęła jak mur ulewa. Nie mając się gdzie schronić, próbując początkowo chować się pod rozłożystym drzewem, wywołując tym samym zainteresowanie przechodniów, szybko przestałam się oszukiwać i pomyślałam, że skoro i tak zmoknę na suchą nitkę, spróbuję chociaż dojść do kawiarni, bo już i tak gorzej nie będzie, a chociaż na kawie skorzystam. Okazało się, naturalnie, że gorzej mogło być bardzo prędko, i mimo że dokładnie wiedziałam, co się stanie, bo intuicją narysowałam sobie cyrklem niemal obraz samej siebie, nie uniknęłam zawczasu nieszczęścia, zapalona myślą o kawie. Gdy tylko wkroczyłam w labirynt krętych uliczek Stone Town, natychmiast się zgubiłam, czemu pomogła sięgająca kolan i lejąca się żywym strumieniem z dachów woda. Gdy wreszcie przyznałam się sama przed sobą do porażki i zapytałam przechodzącej młodej dziewczyny o drogę, ta kompletnie nie rozumiejąc, o co pytam i co mi obiecuje, wyprowadziła mnie jeszcze dalej i z trudem znalazłam drogę do dworca dala-dala, skąd w pełni frustracji i bardzo naprędce odjechałam w stronę lotniska, przemoczona do suchej niteczki, w głowie mając jedną tylko myśl: To właśnie jest intuicja.

Podsumowując, Zanzibar z łatwością można nazwać wyspą pełną kontrastów. Najbardziej rozczarowuje dekonstrukcja współczesnego podróżowania, Masaje przepasani czerwoną chustą i z iphonem w ręku, kulturowe wycieczki do lokalnych wiosek, reżyserowane przez tour guidów, gdzie Masaje i lokalsi tańczą i klaszczą by zabawić turystę. Jednocześnie, serce łamie widok przydrożnych chatynek i wiosek, składających się z wyglądających jak szopy domów, przykrytych blachą lub trawą szałasów, dzieci biegających boso po trawie, czekających na plaży na właściciela resortu, by rzucił im kilka monet za przyniesienie chrustu i traw… Choć widoki są jak z pocztówki, Zanzibar to dla mnie pierwsza tak intensywnie przeżyta Afryka, taka, którą znam z kolędy misyjnej i ze szkoły. Taka, gdzie biały człowiek wciąż rozumiany jest jako ten, który ma szeroko rozumianą przewagę.

Mimo wszystko, egzotyka Zanzibaru wciąż zachwyca, nawet że nie wszystko jest takie piękne jak w broszurze turystycznej i na okładce National Geographic. Błękit wody, biel plaży, zieleń palm, smak passion colady… Wakacje!

Królewska wizyta u Obamy – Washington D.C.

Po pierwsze to sprostuję trochę tytuł posta: niestety, z żadną wizytą u Barracka się nie udało, nawet że byłam pod Białym Domem ostatnio dwa razy. Widać na prezydenta nie działają już królewskie tytuły, być może mu to trochę wręcz spowszedniało, przebywanie z takimi #royalties jak ja. A że bez Obamy wizyta w Washington D.C. to już nie to samo – cóż…

Po drugie: dlaczego Washington D.C. a nie po prostu – Waszyngton, tak jak mówi się powszechnie w Polsce? – W USA Waszyngtony są dwa. Pierwszy, większy, to stan Waszyngton, w którym znajduje się m.in. uwielbiane przeze mnie Seattle. Drugi – to właśnie D.C., stolica Stanów Zjednoczonych. D.C. to nic innego jak skrót od „District of Colombia”, czyli Dystrykt Kolumbii, utworzony jako specjalna jednostka samorządowa trochę na potrzeby ‚stolicy’. Stąd też nie dziwi nikogo (choć mnie muszę przyznać na początku to śmieszyło) posługiwanie się pełną nazwą, Washington D.C.

Po trzecie, dlaczego królewska? – Cóż, to powinno rozumieć się samo przez się, nie każdy nosi (samozwańczy trochę) tytuł Queen of Poland 😉

Po raz pierwszy do Waszyngtonu poleciałam w samym środku upalnego lata. Tuż po przylocie oznajmiono nam, że adres hotelu uległ tymczasowo zmianie, i po trwającej 2 minuty jeździe z lotniska, byliśmy już na miejscu. Pas startowy wydawało się że jest po drugiej stronie ulicy…. – Tym samym, plany się trochę pokomplikowały, gdyż dotarcie do centrum miasta oznaczało godzinną i kosztowną jazdę taksówką…Na szczęście, nie wszystkie dziewczyny z crew chciały jechać wyłącznie na zakupy, co często się w przypadku lotów do Stanów zdarza, i w czwórkę ruszyłyśmy pod Biały Dom.

Pan taksówkarz objaśnił nam z ochotą gdzie-co-i jak, pokazując w trakcie jazdy malowniczo usytuowany Uniwersytet Georgetown, znajdujący się w dzielnicy o tej samej nazwie, do której niestety nie udało mi się niestety jeszcze dotrzeć. Choćby z tej przyczyny wielka szkoda, że layover w D.C., które nie jest dla niektórych najbardziej ekscytującą destynacją, trwa 24 h. Wysiadłyśmy tuż przed Białym Domem, pod którym nie można było odgonić się od turystów. Wszyscy chcieli mieć zdjęcie z siedzibą prezydenta w tle, z nadzieją, że może w którymś z okien ukaże się jego uśmiechnięta głowa. Ogrodzenie od chodnika i „śmiertelników” oddziela wydzielony pas przestrzeni, po której poruszać się mogą wyłącznie strażnicy i tajne służby. Nikomu to jednak nie wadzi, tak jak nie wadził żar lejący się z nieba, a oprócz turystów można się było natknąć na zbieraninę ludzi, którzy zbierali na coś pieniądze, prowadzili nieme manifesty, chcieli nawracać na różne religie, protestowali przeciwko nielegalnemu handlowi narządów….

Nie doczekawszy się na Obamę, a nie chcąc wszczynać z tego powodu karczemnej awantury (jak powiadomił nas w metrze pewien przechodzień, czego jak czego ale policji w Waszyngtonie jest pod dostatkiem), poszłyśmy w stronę kolejnego symbolu miasta, Pomniku Waszyngtona, białego obelisku znajdującego się na małym wzniesieniu w parku National Mall. Nic dziwnego, że wciąż robi takie wrażenie, skoro nosił kiedyś tytuł najwyższego budynku na świecie (później tytuł ten przejęła Wieża Eiffle’a, było więc to istotnie dość dawno temu).  National Mall to przestrzeń, która obejmuje także słynną „sadzawkę”, wiodącą od obelisku do wznoszącego się nad parkiem Lincoln Memorial ze słynną statuą zasiadającego w marmurowym fotelu niczym na tronie prezydenta Lincolna. Wdrapanie się na szczyt „świątyni” kosztuje nieco wysiłku, ale warto na własne oczy popatrzeć na zafrasowaną twarz prezydenta. Waszyngton był chyba miejscem, o którym nigdy nie pomyślałam, że w nim będę, i wizyta u Lincolna i Obamy wciąż wydają mi się z tego względu nieco odrealnione. Udało nam się też zobaczyć fragment ceremonii, w której udział brali wojenni weterani – i choć w Polsce z wiadomych względów, uroczystości o podobnym charakterze widziałam co najmniej kilka, to ta miała filmowy wręcz amerykański urok.

Jednym z ciekawszych, pełnym turystów, choć nie do końca „turystycznym” miejscu, do jakiego się udałyśmy, był znajdujący się tuż obok Białego Domu sklep z pamiątkami. Iście amerykańskie doznanie, bo ciężko inaczej niż przymiotnikiem „amerykański” opisać to, co się tam znajduje: skarpety z wizerunkiem Jeffersona i Kennedy’ego, atrapy prezydenckiej mównicy, Gabinetu Owalnego i biurka, który się tam znajduje. Przy tych ostatnich można było zapozować do zdjęcia, jedynym warunkiem było zrobienie zakupów w sklepie za minimum 10$. Moim ulubionym znaleziskiem wśród ogromu pamiątek był otwieracz do piwa z uśmiechniętym szeroko Obamą, którego nie kupiłam, a czego żałowałam przez następne tygodnie. Był to najważniejszy chyba powód, dla którego nie próbowałam się pozbyć ujrzanego po raz kolejny w grafiku lotu do D.C. 😉

Przy okazji kolejnej wizyty w Waszyngtonie, wybrałam się do Muzeum Historii Naturalnej. Na terenie wspomnianego parku National Mall znajduje się także szereg muzeów, finansowanych przez fundację Smithsonian Institution. 19 muzeów, galerii i ogród zoologiczny, to największy tego typu kompleks edukacyjny na świecie. Muzeum Historii Naturalnej to nic innego jak wnętrza znane wielu z filmów „Noc w Muzeum”. I choć dużo osób przekonywało, że na w pełni satysfakcjonującą wizytę musielibyśmy poświęcić cały dzień, nam musiało wystarczyć ledwie kilka godzin, trzeba było więc ustalić priorytety. Przez wystawę o oceanach, historii ewolucji ssaków i człowieka doszliśmy do tego, co najbardziej nas interesowało – dinozaurów! ❤

Przez to, że nie zdążyliśmy obejrzeć więcej, przynajmniej wciąż mam teraz powód, aby do Waszyngtonu wrócić, mimo że samo centrum miasta nie jest za bardzo ekscytujące. No, i rzecz jasna, zawsze jeszcze czeka mnie wizyta u Obamy 😉

Bezsenne Seattle (sen jest dla słabych!)

Wszyscy lubimy dwudniowe layovery. W zamierzchłych czasach dubajskiego lotnictwa, czyli jakieś kilka-kilkanaście lat wstecz, nasi poprzednicy cieszyli się trwającymi nie dzień, nie dwa – ale czasem i pięć dni postojami w danych miejscach. Obecnie 48-godzinne layovery zdarzają się raczej rzadko, na szczęście dotyczą głównie długich lotów do Stanów Zjednoczonych. Tuż przed urlopem, jakby na przekór kończącej się właśnie mojej rezerwie, dostałam jedną z ulubionych przez crew destynacji, amerykańskie Seattle. W dodatku dzień później lot do Seattle miała Asia, po raz pierwszy więc cieszyłyśmy się wspólnym layoverem, i to jeszcze w takim miejscu!

Pierwszego dnia, czekając na Asię, wybrałam się razem z crew na spacer po mieście. Seattle określane jest czasem jako „Melbourne Ameryki”, bo tak samo jak australijskie miasto zakręcone jest na punkcie kawy, trochę też jest podobnie hipsterskie i wyluzowane. Naprawdę da się to odczuć 😉 Pierwsze kroki skierowaliśmy w stronę słynnego Pike Place Fish Market, targu, gdzie można kupić kwiaty, miód, świeże owoce czy warzywa, ale też ryby i owoce morza. I to właśnie ten rybny stragan jest niejako wizytówką całego marketu, i po trochu też miasta. Ma to proste uzasadnienie w tym, jak wygląda procedura kupna ryby. Gdy ktoś zamawia świeżego łososia, ni stąd ni zowąd sprzedawcy zaczynają rytmicznie pogwizdywać i pokrzykiwać, wychodząc w stronę przyglądającego się tłumu, po czym niespodziewanie przerzucają między sobą kawał ryby. Latający łosoś robi czasem zakręty nad głowami widowni, tak też było z nami, staliśmy pomiędzy ubranymi w białe fartuchy sprzedawcami i uniknęliśmy dostania „rybą w twarz” o centymetry. Choć wygląda to imponująco, nie jestem pewna, czy smak takiej ryby zyskuje na wartości….

Tuż za marketem, piętro niżej, znajduje się kolejna znana atrakcja, dość kontrowersyjna, choć ciesząca się niesłabnącą popularnością – jest to wąska uliczka, której ściany od podstaw powyklejane są gumami do żucia. Zżutymi gumami 😉 Historia tego „interaktywnego” miejsca zaczęła się stosunkowo niedawno, bo na początku lat 90. Ma związek z teatrem wystawiającym komediowe improwizacje, znajdującym się właśnie w tamtym zakątku. Czekający wówczas w kolejce ludzie, w zaułkach Post Alley, jako pierwsi zaczęli performans przyklejania gum do murowanych ścian, w do gum wtłaczano jednocentówki. Najbardziej absurdalne pomysły zyskują zwykle w najszybszym tempie dziką popularność, i tak dzisiaj możemy „podziwiać” jedną z najbardziej wypełnionych bakteriami atrakcji na świecie. Trzeba mimo to przyznać, że mnogość barw, rodzajów, form i tworzonych przez odwiedzających kształtów robi niemałe wrażenie i z łatwością można zaszeregować to do specyficznego rodzaju street artu.

Mimo że na ogół stronię od miejsc, kawiarni czy restauracji odwiedzanych i polecanych szumnie przez crew, tym razem nie protestowałam – i całe szczęście. Na kolację wybraliśmy popularną nie bez powodu restaurację, słynącą z owoców morza, Crab Pot. Serwowane one są w dość nietuzinkowy sposób, który sam w sobie przyciąga gości obok smaku i gwarancji świeżości. Jako że była nas szóstka, postanowiliśmy „zaszaleć” i zamówić kilka zestawów, figurujących w menu jako specjalność zakładu. Zaraz po tym, kelner przyniósł nam zestaw stosownych narzędzi – drewniany młoteczek i papierowy fartuch z kolorowym logo restauracji, co rzecz jasna wzbudziło wszystkich wesołość. Najlepsze miało dopiero nadejść, bo kolację wysypano nam dosłownie na środek stołu, i sama już nie wiem co zeszło dłużej, łupanie i stukanie w krabie i krewetkowe szkielety czy pozowanie do zdjęć 😉

Po kolacji, zmęczenie wzięło górę nad większością, która zdecydowała się na powrót do hotelu, a ja zachęcona przez pewnego Hiszpana wsiadłam z nim w autobus i pojechaliśmy szukać najlepszego widoku na miasto. Ukryte w tak typowo amerykańskim przedmieściu wzgórze, z wyznaczonym i dość zatłoczonym punktem widokowym – nawet telewizja robiła z panoramy użytek – pozwalało wzrokiem objąć horyzont całego Seattle, ze słynną Space Needle pośrodku. Kosmicznie wyglądająca wieża powstała 50 lat temu z okazji światowych targów, na jej szczycie można zjeść obecnie kolację i wypić „piwo z widokiem”, jest rozpoznawalnym symbolem miasta.

Następnego ranka z Iwoną, inną Polką, która była ze mną w Seattle, poszłyśmy na śniadanie do – jak myślałyśmy – polecanej nam przez Asię fajnej kafejki. Przez pomyłkę znalazłyśmy się w niewłaściwym miejscu, bo skąd mogłyśmy przypuszczać, ze nazwa będzie taka sama, a pisownia inna – i choć śniadanie nie było spektakularne, nie ma tego złego. Po krótkiej pogawędce z latynoskim kelnerem, który podpowiedział nam, co ciekawego możemy zrobić, wsiadłyśmy w autobus, który wywiózł nas poza centrum, i choć naszym celem było odszukanie śluzy, regulującej poziom wody między jeziorem a rzeką, kontrolującej przeprawiające się z jednej w drugą stronę łodzie, przy okazji odkryłyśmy coś znacznie lepszego. Śluzy znajdują się w dzielnicy zwanej Ballard, która jest świetną alternatywą dla centrum i pełną duszy częścią miasta. Kafejki, oryginalne butiki, second handy czy sklepy z winylami, wszystko to składa się w klimatyczną całość. Wysiadłszy z autobusu, po drodze do parku, który sąsiaduje ze śluzami, przechodziłyśmy obok budynku, który z pozoru wydawał się starym magazynem, a w którym pełno było ludzi zasiadających przy stolikach i zajadających pięknie wyglądające śniadania. Widok miałyśmy dobry, bo stoliki były na poziomie sutereny. Jajka, tosty, a przede wszystkim naleśniki – łatwo doszłyśmy do wniosku, że tam powrócimy na śniadanie kolejnego dnia.

Zaraz po tym doleciała Asia. Razem zjadłyśmy lunch – gęsty i rybny chowder, zdobywający co i rusz pierwsze miejsca w kulinarnych konkursach. Spacerowałyśmy też w słońcu, pogoda była bowiem piękna, mijając po drodze pierwszą w świecie kawiarnię Starbucks – malutki sklepik, utrzymany wciąż w tym samym duchu, jaki towarzyszył mu od 1971 roku.

Jako że był weekend, wieczorem wyszłyśmy na drinka do Capitol Hill. Im ciemniej się robiło, tym bardziej okolica wypełniała się ludźmi, a to, że knajpy i bary bardzo szybko się zapełniały, kompletnie nie przeszkadzało gościom lokali, którzy pokornie stali w kolejce przed tym, który sobie wybrali, kompletnie nie przejęci tym, że….trzeba czekać! Coś, co byłoby nie do pomyślenia w wielu krajach, w tym także w Polsce – bo po co czekać, skoro można iść gdzieś, gdzie będą miejsca – tutaj jest na porządku dziennym. Rozmowy z lokalsami, otłuszczone, choć świeże fish & chips, kilka piw – wieczór należał do udanych.

Następnego ranka, żeby zasłużyć na olbrzymie śniadanie, które na nas czekało, poszłyśmy rano pobiegać. Było to zdecydowanie trafionym pomysłem, jako że śniadanie wszamałyśmy we trójkę ogromne. Warto było czekać – bo wiadomo, niedzielne śniadanko w ogromnie popularnym jak się okazało miejscu, nie mogło obyć się bez 45-minutowej kolejki….Najedzona i szczęśliwa, mogłam spokojnie wracać do Dubaju.

Do Seattle wróciłabym choćby dla tego śniadania, no i może jeszcze dla zadziwiająco dobrej jak na Stany kawy 🙂