Czas zapętlony, czyli 3 lata w Dubaju

Doskonale pamiętam ten moment, gdy dostałam  pracę w Emirates. Ponieważ spodziewałam się już telefonu z Dubaju, trzymałam aparat w trybie głośnym, mimo że normalnie jest on wyciszony. Sprawdzałam kilkukrotnie tego poranka, czy aby na pewno dźwięki działają głośniej niż zwykle, bo ówczesny telefon lubił płatać mi figle. Uff, wszystko działa jak należy, za każdym razem z ulgą oddychałam. Poszliśmy z Robem na spacer na krakowskie Planty i na moment zapomniałam o tym, by nieustannie mieć smartfona w dłoni. Jak to w życiu bywa, moment nieuwagi wystarczył. Gdy w pewnym momencie wygrzebałam go z dna torebki, zorientowałam się, że przegapiłam nie jeden, a dwa telefony z dubajskim prefiksem, co spełniło mój najgorszy ówczesny koszmar – to niemal tak, jak nastawia się pięć budzików, by rano zdążyć na ważny autobus i żaden z nich nie dzwoni lub nas nie budzi. Gdyby nie Rob, na pewno czekałabym na trzeci telefon, który być może prędko by nie nadszedł – to Rob kazał mi zrobić coś, co stało w sprzeczności z moim normalnym postępowaniem, mianowicie oddzwonić.

Oddzwoniłam. I tak się zaczęło.

Ponad 3 lata później, wciąż nie wierzę, że przytrafiła mi się ta największa jak dotąd przygoda, a wszystko dzięki temu, że wtedy oddzwoniłam.

Te 3 lata nauczyły mnie wiele, choć bardziej niż „nauczyły” chciałoby się powiedzieć: pokazały; na wiele rzeczy uwrażliwiły i otworzyły mi oczy. Tak po prostu, mimowolnie. Nauka zakłada chyba jednak jakąś chęć, wolę, swego rodzaju staranie – tymczasem dubajska przygoda to raczej stan otwartości umysłu. Może przerodzić się to w stan jego zamknięcia, w zależności od charakteru i poglądów, bo temu też życie w Dubaju i moja praca sprzyjają.

3 lata w Dubaju sprawiły, że innego znaczenia nabrał dla mnie czas. Nikomu nie trzeba tłumaczyć, że praca stewardessy to długie, nieraz 12-, 16-godzinne loty na drugi koniec świata. Tyle wiedziałam sama, nie zdawałam sobie jednak sprawy, z czym będzie to się wiązać. Lot z Dubaju do Houston czy Auckland trwa niemal 16 godzin, doliczyć do tego trzeba czas przed lotem, bo dla nas praca zaczyna się 2 godziny wcześniej – a przecież trzeba też odpowiednio wcześniej wstać, wymalować się, ubrać i spakować, zjeść śniadanie – co dla mnie jest zawsze najważniejszym punktem przygotowań. Nieważne, czy muszę stawić się o 8 rano czy o 2 w nocy – dobrze wiem, że zanim zjem coś konkretnego minie dużo czasu, wolę więc nastawić budzik 20 minut wcześniej, by w spokoju zjeść owsiankę czy jajecznicę. Po wylądowaniu musimy jeszcze dopełnić kilku pokładowych obowiązków, przejść przez kontrolę paszportową, dojechać do hotelu – taka podróż to czasem kolejna godzina…zanim znajdziemy się w hotelowym pokoju mija sporo czasu. A wtedy – cóż, gdy w miejscu, do którego dotarliśmy, jest środek dnia, mimo że dubajski zegarek i rytm ciała wskazują na środek nocy, czasem jedynym wyjściem jest…wyjście na miasto. Przecież szkoda dnia! Wyspać się można zawsze we własnym łóżku, po powrocie do Dubaju. Przecież sen jest dla słabych, a my nie po to wykonujemy te prace i lecimy na drugi koniec świata, żeby przespać dzień.

I tak czas się zapętla. To tylko jeden z przykładów opisu zwykłego dnia pracy, ale często, oprócz tych lotów, które zabierają nas w dalekie krainy, mamy też krótkie, trwające średnio mniej niż 4 godziny w jedną stronę loty tam i z powrotem, tzw. turnaroundy. Iran, Indie, Arabia Saudyjska czy Etiopia są zbyt blisko, byśmy zostawiali tam na noc (z małymi wyjątkami). Taki dzień również może trwać w nieskończoność – gdy pierwszy lot odchodzi z Dubaju o 3 nad ranem, w pracy musimy się stawić o 1, a wracamy do domu o 13 – czasem 12-godzinny Nowy Jork jest przy takim turnaroundzie jak bułka z masłem. Czas się zapętla, przyspiesza i zwalnia, budzimy się w niedzielę, chodzimy spać we wtorek, nagle jest środa, ale wracamy do domu i czas się cofa do wtorku. Mój zegarek zawsze pokazuje godzinę, która jest w Dubaju, ważne przecież, by mieć coś stałego. Bywa, że 3-godzinny lot ciągnie się w nieskończoność, a ten, który trwa godzin 12 przemyka w okamgnieniu. Miesiące mijają w takim tempie, jak tygodnie, tydzień to czasami jeden długi lot. Czas nabrał dla mnie zupełnie innego wymiaru.

Pory roku? Blef. Skutecznie można unikać zimy i złej pogody, wystarczy tylko dobrze zaplanować roster. Upalne lato w Dubaju? Owszem, jeśli spędza się tu wystarczająco dużo czasu, by je poczuć, a przecież można wziąć urlop i wyjechać. Z utęsknieniem wyczekujemy arabskiej zimy, a to przecież nic innego, jak znane z polskich klimatów…lato.  Przy odrobinie wysiłku śnieg i mróz, a także deszcz i burze stają się powodem do odwiedzenia danego miejsca – grudniowa Moskwa, Azja w trakcie monsunu, huragan w Hong Kongu…Zjawisk pogodowych znanych mi wcześniej wyłącznie z telewizyjnych wiadomości doświadczam teraz na własnej skórze.

Nauczyłam się, że ludzie podróżują z wielu rozmaitych powodów. Że mieszkają w Dubaju i wykonują tę samą pracę, co ja, nie tylko po to, by podróżować. Każdy tutaj ma swoją historię, niepowtarzalną i odróżniającą go od innych.

Praca i podróże pokazały mi miejsca najbogatsze i najbiedniejsze. Wbrew pozorom, nie wszyscy, którzy podróżują luksusowymi wydawałoby się liniami, należą do zasobnych – oprócz lotów do bogatszych miast świata mamy w swojej siatce połączenia do tych raczej biednych. Pasażerowie lotów do Pakistanu, Indii, Bangladeszu i nie tylko to prości robotnicy, którzy w Dubaju ciężko pracują i nierzadko tylko raz do roku mają szansę krótkiego odwiedzenia rodziny. Na ich widok nasze pracownicze narzekania i pojękiwania ustają, bo nikt nie wyobraża sobie, by mógł być na ich miejscu.

Tymczasem my nawet w najuboższych krajach nocujemy w najlepszych hotelach, dostajemy diety na wyżywienie i zniżki na hotelowe usługi. W Dubaju na rachunki nie wydajemy wiele, bo wszystko to opłaca nasz pracodawca. Wydawałoby się, że oszczędzanie przychodzi łatwo? – cóż… różnego rodzaju zniżki kuszą, żeby raczej wydawać, niż oszczędzać. Łatwo wpaść w błędne koło spłacania karty kredytowej z poprzedniego miesiąca nowo otrzymaną pensją i w efekcie powtarzanego z miesiąca na miesiąc zdania : „jeszcze jeden miesiąc, jeszcze jeden kontrakt…”

Łatwe życie w dobrobycie uzależnia, przyznaję z pełnym przekonaniem. Rozmowy z przyjaciółmi, wykonującymi inne, „przyziemne” prace uświadamiają mi lekki absurd i oderwanie od rzeczywistości świata, w którym na co dzień przebywam. Problemy „normalnych” ludzi w naszej społeczności nieomal nie istnieją, ekscytujemy się tu zgoła innymi rzeczami („znowu zmienili serwis”, „A. podkablował B. do przełożonych”, „zamiast obiecanych 3 lotów dziennie do C. znowu są tylko 2”, „wyobraź sobie że w D. znowu zmienili nam hotel!” itd.).

Skutki, jakie latanie ma na nasze ciało, to temat na osobny artykuł. Nie bez kozery to jedna z głównych przyczyn, dla których crew rezygnują z pracy w przestworzach. Zmiany ciśnienia, ciągłe przebywanie w klimatyzowanej, zamkniętej przestrzeni, bycie wystawionym na zarazki i bakterie z całego świata, do tego brak snu i rozregulowany tryb życia – o tych i wielu innych sprawach i ich konsekwencjach staramy się nie myśleć. Na szczęście, mój organizm radzi sobie z nimi stosunkowo dobrze, rzadko choruję i moja odporność odkąd zaczęłam latać wcale gwałtownie nie spadła – najdłużej z latania wykluczył mnie przykry wypadek w Hong Kongu, ale to inna historia… 😀 Crew zażywają wiele specyfików – łykają witaminy, oleje, piją cudowne mieszanki, co jakiś czas dosypują nowych magicznych proszków do wody, którą piją na pokładzie. Każdy radzi sobie, jak umie – szybko uczysz się czytać swój organizm, i że nie wszystkie recepty dobre dla jednej osoby, będą się sprawdzać dla Ciebie. Najprostsza rada, jaką ja mogę dać, to prowadzić zdrowy tryb życia: pić dużo wody, zarówno na locie, jak i na co dzień, zdrowo się odżywiać – ja staram się gotować własne jedzenie zawsze, gdy mam dni wolne; jedzenie pokładowe może być czasem zgubne, a zwłaszcza łatwy dostęp, jaki się do niego ma 😉 , ponadto na layoverach też „jem na mieście” więc lubię wiedzieć, co jem, tak często, jak tylko mam na to wpływ. Aktywność fizyczna to także konieczność, brak rutyny skłania do porzucenia ćwiczeń czy zajęć na siłowni, które kiedyś wykonywaliśmy regularnie, warto jednak się mobilizować i pamiętać, że wpływa to korzystnie na naszą kondycję i zdrowie (zawsze, nie tylko w pracy stewardessy!).

Latanie to najwspanialsza przygoda, jaka mi się dotychczas przytrafiła. Jeden telefon, który kiedyś wykonałam, odmienił moje życie o 180 stopni. Chciałabym zakończyć tego posta z prostym przesłaniem:  warto marzyć i warto w swoje marzenia wierzyć, mówić o nich głośno i się ich nie wstydzić. Czasami wokół nas dzieje się magia i kto wie, która wróżka naszych zwierzeń wysłucha 😉

 

Odwiedziny Koraliny

Ahoj!
Tyle czasu upłynęło, tyle wody przepłynęło od moich ostatnich wpisów że aż mi trochę wstyd. A tymczasem nie dość że odwiedziło mnie w Dubaju kilku gości, to jeszcze sama zdążyłam pojechać w gości w kilka odległych od siebie miejsc. Ale nadrabianie zaległości zacznę od obiecanego skrótu z wizyty mojej siostry Koraliny.

W Dubaju powoli nastaje lato, ale Karolina zakosztowała jeszcze naszej dubajskiej ‚zimy’, która wygląda jak lato w każdym innym europejskim kraju. Może nie upalne, parne czy duszne, ale lato, które zachęca do spędzania czasu na zewnątrz i nie wymaga przebywania wyłącznie w klimatyzowanych pomieszczeniach. Fajnie było odebrać w końcu kogoś z lotniska i pokazać mu ten Dubaj, który od jakiegoś czasu jest też moim. Karola spędziła u mnie 10 dni.

Wizyta gości w mieście, które nazywamy ‚swoim’, zawsze daje okazję do nabrania innej perspektywy, zachowania się trochę jako obcy i patrzenia na miejsca dobrze nam znane jakbyśmy widzieli je po raz pierwszy. Trzeba ich przecież pooprowadzać, pokazać to, co sami uważamy za najbardziej warte ujrzenia, ba, może czasem najpierw przewartościować swoje myślenie i stworzyć hierarchię wszystkich tych miejsc, żeby później wiedzieć, na jaką trasę się decydować. Robiłam to kilka razy wcześniej w Krakowie, ale Dubaj z oczywistych względów stanowił trochę wyzwanie. Pytajcie Koraliny czy udało mi się mu sprostać 😉

Zaczęłyśmy od starego Dubaju, który naprawdę istnieje! I choć może nie jest tak ‚stary’ i zabytkowy jak centrum Krakowa, to wciąż jest odnośnikiem do historii rozwoju miasta, którego mieszkańcy kiedyś wyławiali perły, zajmowali się handlem i żyli w pustynnych oazach. Przepłynęłyśmy abrą na drugą stronę zatoki, i poszłyśmy na kawę do mojego ulubionego Creekside. Później połaziłyśmy po okolicy, zachodząc do muzeum czy spacerując po tradycyjnych siukach, dziś funkcjonujących typowo dla turystów, gdzie handlarze wołają za każdą przechodzącą tamtędy kobietą „Shakira, Maria, Beyonce!”. Na obiad Pakistańczyk, na kolację – fontanny przy Dubai Mall i widok na nocny rozświetlony Dubaj.


Następnego dnia pojechałyśmy do Dubai Marina i na sąsiadującą z nią plażę JBR. Mimo zimy, żałowałyśmy, że nie mamy ze sobą bikini, bo śmiało można było się opalać. Wieczorem zabrałam Karolinę na piwo, co nie jest takim oczywistym wyjściem jak w dajmy na to Krakowie, kiedy czasem wystarczy zejść przed swój blok by znaleźć nienajgorszy bar albo dwa. Pojechałśmy do Irish Village, która w knajpy i bary (także irlandzkie o czym mówi sama nazwa) obfituje, i Karolinie mina zrzedła widząc ceny piwa, które kosztuje znacznie więcej niż na rynku w Krakowie.
Kolejnego dnia zabrałam Karolę do Dubai Mallu. Spędziłyśmy przyjemny dzień łażąc także po okolicy, ale wieczorem musiałam się już pakować bo zostawiałam Karolinę sam na sam z #mydubai i leciałam do zimowego jeszcze wtedy Nowego Jorku. Po moim powrocie musiałyśmy  pozwiedzać wszelakie dubajskie plaże, bo Karolina nie chciała wrócić do kraju blada 😛 Na jednej z bardziej popularnych plaży Dubaju, Kite Beach, odbywał się wtedy festiwal jedzenia, więc miałyśmy okazję skosztować takich „pyszności” jak burger z wielbłąda, co o dziwo smakowało o wiele lepiej niż wielbłądzie mleko, do którego wciąż odczuwam lekkie obrzydzenie. Wieczorem wybrałyśmy się oglądać „miasto świateł” z lotu ptaka, czyli na szczyt szczytów, na taras widokowy najwyższego budynku świata, Burj Khalify. Jako że były to Walentynki, Karola była trochę zawiedziona, że nikt nie wybrał tego dnia i tej pory na oświadczyny, co w zasadzie byłoby dobrym pomysłem 😉


W trakcie kolejnych dni ponownie odwiedziłyśmy stary Dubaj, byłyśmy w pochodzącej z końca XVIII w. dzielnicy zwanej Bastakiya, która obecnie znana jest jako centrum kulturowego zrozumienia i w której budynkach odbywają się różnego rodzaju spotkania angażujące kulturalne środowisko Dubaju i okolic. Wieczorem wyszykowane wybyłyśmy na kolację połączoną z sziszą, a ostatni dzień byczyłyśmy się na plaży. I znów powiedzeniu stało się zadość, wszystko co dobre istotnie szybko zmierza ku końcowi, i pora było Koralince wracać do zimnej Polski. Miło było ją tu gościć 🙂

Czas wolny w Dubaju

Planowanie wolnych dni w Dubaju to spore wyzwanie. W końcu nie musimy poświęcać ich na naukę czy odsypianie codziennego porannego wstawania, jednocześnie słowo „weekend” gwałtownie straciło swój sens. Bycie OFF może nadejść każdego dnia, czy to piątek, świątek czy niedziela, czy także zwykły dzień roboczy. Nie każdy jest stworzony do takiego trybu życia, ale nie każdy też potrafi odnaleźć się w przysłowiowej pracy od 9 do 17, o czym najlepiej świadczą przypadki ludzi powracających do grona cabin crew po krótkiej i nieudanej przygodzie z ustabilizowanym, zwyczajnym życiem. Ja cenię sobie elastyczność i swobodę, jaką daje ta praca. Mimo braku możliwości sztywnego planowania życia naprzód, to, co się zyskuje, to jednoczesne poczucie wolności, ucieczki od tych sztywnych ram, jakie narzuca czasem życie. Dubaj ma w sobie wiele do zaoferowania, można tu robić dosłownie to, co się chce. Jeść to, na co się ma ochotę, tańczyć do takiej muzyki, jaką się lubi, zwiedzać lub też nie, poświęcać się najróżniejszym pasjom. Jest tego tak wiele, że łatwiej zapada się tu też na chorobę współczesności, dramat podejmowania decyzji. Sprawdza się to szczególnie w naszym przypadku – gdy chcemy cokolwiek zaplanować, jest nam tak najzupełniej obojętne, gdzie pójdziemy, co będziemy jeść i w jakiej dzielnicy przebywać, byleby tylko robić to wspólnie, że każdorazowo mamy ogromny dylemat. Pomalutku jednak, dzielnie, zwiedzamy nasze nowe miasto 🙂

Plaż w Dubaju nie brakuje, klubów przy plaży też jest kilka. Jednym z najbardziej popularnych, który za dnia służy jako zwykłe miejsce do leżakowania, a w nocy zmienia się w bar i imprezownię, jest Barasti. Słowo „barasti” określało niegdyś okryty suszonymi, daktylowymi liśćmi tradycyjny szałas, teraz wszyscy kojarzą je wyłącznie z Barasti Beach Club.

DSC_3200 DSC_3201 DSC_3203

Ponieważ zima idzie, cykl imprez na plażach się zaczyna 😉 W październiku najwyraźniej Dubaj zacznie ożywać. Temperatura stopniowo spada, i choć wciąż powietrze w środku dnia bardziej przypomina parę buchającą z otwartego piekarnika, wszyscy mówią, że najgorsze mamy już za sobą. Wciąż jednak za dnia jest dość parno, Barasti odwiedziłyśmy więc popołudniem, łapiąc ostatnie tego dnia słońce.

Kolejną wycieczkę odbyłyśmy do najstarszej dzielnicy Dubaju. Właściwie zupełnie przypadkiem, naszym głównym celem była bowiem reklamowana dość mocno ostatnio knajpka Creekside, która mimo dość konserwatywnej lokalizacji, łączy tradycję z nowoczesnością. Tak przynajmniej się reklamuje, postanowiłyśmy więc to sprawdzić. Po wyjściu z metra, natrafiłyśmy na taki widok – po drugiej stronie rzeki znajduje się m.in. Dubai Heritage Village, czyli swego rodzaju dubajski skansen. Nie był nam on jednak tego dnia po drodze.

DSC_3209 DSC_3210 DSC_3211 DSC_3215 DSC_3216

Żeby dostać się do Creekside, musiałyśmy przeprawić się przez wodę. Jak? Tradycyjną łódką, abrą, która codziennie zabiera setki osób z jednego brzegu na drugi.

DSC_3217 DSC_3219 DSC_3220 DSC_3221 DSC_3223 DSC_3226 DSC_3229 DSC_3230 DSC_3233 DSC_3234  DSC_3237DSC_3238

Jeszcze tylko musiałyśmy minąć kilkunastu zwracających się do mnie per „Shakira” straganiarzy w okolicznych uliczkach (souks), gdzie kupić można było niemal wszystko, oczywiście – autentycznych Arabów była garstka, Hindusi, którzy głównie tam sprzedawali, to też w końcu prawie rodowici Emirati 😉 – i przedarłyśmy się do Creekside.

DSC_3239 DSC_3241 DSC_3242 DSC_3244 DSC_3245 DSC_3246

Creekside to faktycznie ciekawe połączenie – menu w pierwszej chwili wydaje się bardzo zachodnie, wystarczy jednak wczytać się odrobinę w składniki i sposób przyrządzenia i ukazuje się drugie oblicze dania, poprzez dodatek typowo arabskich/emirackich składników. Nawet wnętrze stylizowane jest na sposób łączący niejako kilka kultur – jasne, przestronne, proste pomieszczenie, przypominające popularne kawiarnie o industrialnym wystroju, z pozoru nic arabskiego. Ściany zdobią jednak zdjęcia starego Dubaju z początków XX wieku, a wystarczy usunąć stoliki, dodać kilka poduszek, wykorzystać ławkę, która zamontowana jest naokoło sali, i voila, mamy najprostszą wersję majlis, czyli pokoju spotkań, który jest najważniejszą częścią tradycyjnego lokalnego domu.

DSC_3247

Po pysznej mrożonej kawie, odwiedziłyśmy jeszcze Dubai Museum. Mieści się ono w najstarszym budynku Dubaju, forcie Al Fahidi. Muzeum jest naprawdę interesujące, pokazuje dzieje miasta głównie od momentu, gdy zaczął się jego intensywny rozwój, nie pomijając jednak jego zamierzchłej przeszłości.

DSC_3252 DSC_3253 DSC_3254 DSC_3258 DSC_3259 DSC_3260 DSC_3261 DSC_3262 DSC_3264 DSC_3255

Rzecz jasna, zmęczone chodzeniem, dzień zakończyłyśmy godnie, w lokalnej sieciowej restauracji, jedząc bardzo na zapas 😉

DSC_3268

Ostatnia prosta – ostatni dzień szkolenia!

Dziś ostatni dzień mojego szkolenia. Dalej nie chce mi się w to wierzyć, ale chyba czas najwyższy bym powinna. Przez ostatnie 2 tygodnie miałam zajęcia z serwisu, była to można by rzec – ostatnia prosta, podsumowująca i zamykająca wszystkie poprzednie części treningu. Ostatni szlif, i jednocześnie to, co każdemu przychodzi na myśl słysząc słowo „stewardessa”: szkolenie z serwisu i obsługi pasażerów. Niedaleka codzienność 😉

Mimo stresu związanego z perspektywą końca treningu i ogromu testów, zarówno teoretycznych, jak i praktycznych, muszę przyznać, że serwis to była wielka przyjemność. Symulowaliśmy loty do kilku miejsc, tak, aby ćwiczyć różne serwisy (nie każdy przecież jest taki sam), rózne scenariusze i możliwe przypadki. Mieliśmy okazję skosztować pokładowego jedzenia – na kimś przecież trzeba było trenować, a naszym jedynym zasobem pasażerów byliśmy my sami. Znowu byliśmy popołudniową zmianą, tym razem jednak było nieco inaczej chodzić do szkoły już w kompletnym uniformie, w końcu to już inny poziom niż „czerwone T-shirty”!

Trening się kończy, latanie zaczyna. Mój piewszy grafik? Australia, Wenecja, Hong Kong, i kilka lotów tam-i-z-powrotem, które nie zakładają nawet opuszczenia samolotu. Zanim zacznę latać „na dobre”, muszę odbyć dwa „suppys”, czyli te loty, gdy nie jestem jeszcze traktowana jako „operacyjny” członek załogi. Legalnym założeniem jest, że muszą one być na obu typach samolotów, na które będę mieć licencję; niepisana zasada mówi, że zwykle jest to jeden lot tam-i-z-powrotem (turnaround) i jeden layover, czyli taki z noclegiem. Zwykle nowym członkom załogi przypada Paryż, Amsterdam, Rzym, Barcelona, czasem nawet Bangkok – znając już resztę grafiku, czekałam ze zniecierpliwieniem na kolejne miasto, w którym będę na początku mojej kariery. Złudne nadzieje; jako jedna z nielicznych (nie wiem nawet czy nie jest nas tylko 2 osoby!) dostałam w łaskawości losu 2 turnaroundy, do Delhi i Bombaju. Bombaj w dodatku słynie z tego, że jest jednym z najbardziej pracowitych i zwariowanych lotów, zakładam więc, że zamiast w spokoju zwiedzać wnętrze Airbusa, szybko zostanę zaciągnięta „do roboty” jako dodatkowa przydatna para rąk. Rzecz jasna, nie nastawiam się negatywnie, każde doświadczenie czegoś uczy, zwłaszcza pierwsze loty będą dodatkową, intensywną i przyspieszoną zapewne szkołą.

Zwiedzanie Dubaju przyspieszyło wraz ze spadkiem intensywności nauki poza szkołą – weekendy były o dziwo ciut spokojniejsze, i mimo że nauki i powtórek wciąż było niemało, udało nam się w końcu dojechać do Mariny i pójśc po raz kolejny na plażę. Wiem dzięki temu, że wyprawa do mariny to dłuższa wycieczka – 1,5 godziny w jedną stronę to jednak trochę dużo! – a plażę trzeba wybierać świadomie, i może niekoniecznie decydować się na tę publiczną.

DSC_3082 DSC_3084 DSC_3087 DSC_3088  DSC_3118 DSC_3121 DSC_3125

W poprzedni weekend, Irish Village świętowało Festiwal Piwa – krocie za wejście na „teren festiwalu”, przednia zabawa, „znajome” twarze Brytyjczyków/Irlandczyków, którzy równie dobrze mogliby znajdować się w klubie w Krakowie, tak bliski mi widok, muzyka na żywo i piwo z całego świata – Dubaj pisany troszkę inaczej 😉

DSC_3113

 

Szykuję się zatem na swój ostatni dzień w szkole – w tym roku i jako Ab  Initio.  Aviation College, widzimy się za rok, ale już na innych zasadach 😉

IMG-20140822-WA0000 IMG-20140822-WA0001 IMG-20140822-WA0002 IMG-20140824-WA0000 IMG-20140824-WA0003

 

Życie na pustyni

Marhaba! Witajcie!

Dzień dobry!

Dzień dobry!

Już od tygodnia wiodę pustynne życie. Kto by pomyślał! Zwłaszcza mieszkając w mieście, które nigdy nie śpi – Dubaj nosi ten sam przydomek, co Nowy Jork. Ponad 200 wymieszanych narodowości i kultur sprawia, że miasto jest jedną z największych kosmopolitycznych metropolii świata. Wydawać by się mogło, że towarzyszyć temu będzie kolorowy harmider, a największym problemem, z jakim będzie się zmagać Dubaj, może być nieco mniej barwny dysonans. Nic bardziej mylnego. Co ciekawe, najbardziej widoczne jest to w ramadanie, w którym znajdujemy się obecnie.

Muszę przyznać, że data mojego wyjazdu początkowo zasiała we mnie lekkie przerażenie. Środek lata, a przecież Dubaj to pustynia, upały więc będą ogromne! Środek ramadanu, a przecież nam kultura arabska jest co najmniej obca, jak tu więc przetrwać zakazy, które muzułmańskie prawo nakłada także na turystów! I choć istotnie, kosztowało mnie trochę wysiłku przyzwyczaić się do tego, że nie wolno publicznie jeść, pić czy żuć gumy, to nie jest to aż tak wielkim problemem, jak może się wydawać. Wszechobecne przypomnienie o ramadanie jest dużym ułatwieniem dla osób, które zupełnie nie są do niego przyzwyczajone – zamknięte restauracje i kawiarnie, obostrzenia w centrach handlowych, które albo sprzedają produkty wyłącznie na wynos, albo do zachodu słońca nie sprzedają ich wcale, słowa naszych trenerów, specjalne zniżki i wyprzedaże, które oferują wszystkie właściwie sklepy – wszystko to nieustannie przykuwa naszą uwagę i sprawia, że pamiętamy, gdzie jesteśmy, i że naszym obowiązkiem jest szanować lokalne prawo. Wydaje mi się, że kosmopolityzm tego miasta najmocniej jest wyczuwalny właśnie teraz, kiedy wszyscy przyjezdni (a jest ich zdecydowana większość! Statystyki mówią o około 80% ludności przyjezdnej przy nieznacznym udziale tych, którzy mieszkają w tym regionie od pokoleń) jednoczą się w szacunku do lokalnego prawodawstwa i mimo tak ogromnej różnobarwności chcą i potrafią zachowywać się zgodnie z panującymi tu zwyczajami.

Powoli przyzwyczajam się do Dubaju, do wczesnych poranków, do swojej hinduskiej ‚dzielni’. Odbyłam już eskapadę do jednego z większych marketów, który znajduje się w pobliżu, i ogrom produktów, jaki tam zastałam, przerósł moje najśmielsze oczekiwania. Jestem znana z długich, samotnych spacerów do supermarketów w obcych krajach (Najlepszy Kuzyn może to swobodnie potwierdzić), ale tym razem moja wyprawa po kawę i mleko przemieniła się w 1,5 godzinną wędrówkę między regałami. Może to też trochę pomogło mi się zaaklimatyzować, znalazłam swoje miejsce i swój sklep i już czuję się jak w domu 😉

Jednocześnie Dubaj wciąż pozostaje wielonarodową ‚oazą na pustyni’. Nie tylko dlatego, że daktyle są jedną z najbardziej smakowitych przekąsek 😉 Nawet w środku miasta może się przydarzyć moment, kiedy będzie trzeba przedzierać się przez piach, tak jak ja robiłam wczoraj – szukałam skrótu do mieszkania moich koleżanek i droga niestety prowadziła przez morze piasku. Na potwierdzenie moich słów:

Pustynia pustynia i jeszcze raz pustynia

Pustynia pustynia i jeszcze raz pustynia

Pustynne widoki z okna

Pustynne widoki z okna

Jest i 'teren zielony'

Jest i ‚teren zielony’

To, że minął już tydzień, odkąd przyleciałam, najlepiej potwierdza nowa grupa new joiners, która wystartowała dzisiaj. Wczoraj wspólnie z kolejnym nowym Polakiem w Dubaju wybrałyśmy się ‚zwiedzać’. Pakistański taksówkarz nie widział problemu, abyśmy wpakowali się do jego 5-osobowego samochodu w 5 osób (co razem z nim daje 5+1=6 osób!), w trakcie jazdy jednak musiał sobie przypomnieć o tym, że grozi mu za to mandat, kazał więc jednej głowie na tylnim siedzeniu się schować, ah te polskie, znane każdemu praktyki, tak międzynarodowe 😉 Kosmopolityczny i ‚światowy’ Dubaj ma też swoje ciemne strony, jedną z nich jest tania siła robocza, jaką stanowią przybysze z Pakistanu, Indii i krajów sąsiednich. Wykonują ciężkie i mało płatne prace, mieszkają niekiedy w ciemnych barakach albo przy głośnych i ruchliwych arteriach, czasem (podobno, smutno w to wierzyć) wynajmują wręcz łóżka na godziny. Moja rada: bądź miły dla taksówkarza. Nauczka, jaką miałam przy przypadkowym ‚wizytowaniu’ Sharjah, dała mi już wtedy trochę do myślenia. Kolejnym miejscem, w którym można doświadczyć, jaką wartość ma dla niektórych tutejszych ludzi pieniądz, jest Deira. Oprócz słynnego Targu Złota (Gold Souk), nie udało nam się zobaczyć w zasadzie nic innego – brak zorganizowania plus okropny okropny upał, który mimo późnej nocnej godziny w ogóle wydawał się nie ustępować, przy braku sklepu, który mógłby zaopatrzyć nas choćby w butelkę wody, spowodowały, że wędrowaliśmy jak zbłąkani turyści-niemoty po ulicach Deiry, odpędzając od siebie tłumy „sprzedawców”m oferujących nam a to złoty zegarek, a to najnowsze modele telefonów, a to torebki/buty/ubrania najdroższych projektantów (co ciekawe – na jednym wydechu potrafili wymienić więcej nazwisk niż ja przy 15-minutowym zastanowieniu), w ogóle nie kryjąc, że miałyby to być podróbki. Żar pustyni, melodyjny głos imama, odprawiającego modły w niemal kilkunastu mijanych przez nas meczetach, błysk złota i tandety w mijanych przez nas wystawach – rzecz jasna zgubiliśmy drogę w plątaninie neonowych ulic a czas był już wracać. Moja rada: w Dubaju zawsze warto nosić przy sobie chustę tudzież lekki sweterek, nie tylko jeśli jesteś dziewczyną i chcesz szanować lokalną kulturę, zakrywając ramiona – także aby oddalić ryzyko przeziębienia, o które już teraz rozumiem jak łatwo, kiedy rozgrzany 40-stopniowym powietrzem wchodzisz w czyste klimatyzowane, MOCNO klimatyzowane pomieszczenie. A tak, nawiasem mówiąc, wyglądają przystanki autobusowe w Dubaju, byłam-widziałam-potwierdzam:

Tak blisko a tak daleko, byle dojść!

Tak blisko a tak daleko, byle dojść!

W całej okazałości!

W całej okazałości!

Smile! Jest już chłodno!

Smile! Jest już chłodno!

To jeszcze kilka zdjęć z dzielnicy Deira:

DSC_3032

DSC_3033

DSC_3037

DSC_3038

DSC_3039

DSC_3043

DSC_3044