Czas zapętlony, czyli 3 lata w Dubaju

Doskonale pamiętam ten moment, gdy dostałam  pracę w Emirates. Ponieważ spodziewałam się już telefonu z Dubaju, trzymałam aparat w trybie głośnym, mimo że normalnie jest on wyciszony. Sprawdzałam kilkukrotnie tego poranka, czy aby na pewno dźwięki działają głośniej niż zwykle, bo ówczesny telefon lubił płatać mi figle. Uff, wszystko działa jak należy, za każdym razem z ulgą oddychałam. Poszliśmy z Robem na spacer na krakowskie Planty i na moment zapomniałam o tym, by nieustannie mieć smartfona w dłoni. Jak to w życiu bywa, moment nieuwagi wystarczył. Gdy w pewnym momencie wygrzebałam go z dna torebki, zorientowałam się, że przegapiłam nie jeden, a dwa telefony z dubajskim prefiksem, co spełniło mój najgorszy ówczesny koszmar – to niemal tak, jak nastawia się pięć budzików, by rano zdążyć na ważny autobus i żaden z nich nie dzwoni lub nas nie budzi. Gdyby nie Rob, na pewno czekałabym na trzeci telefon, który być może prędko by nie nadszedł – to Rob kazał mi zrobić coś, co stało w sprzeczności z moim normalnym postępowaniem, mianowicie oddzwonić.

Oddzwoniłam. I tak się zaczęło.

Ponad 3 lata później, wciąż nie wierzę, że przytrafiła mi się ta największa jak dotąd przygoda, a wszystko dzięki temu, że wtedy oddzwoniłam.

Te 3 lata nauczyły mnie wiele, choć bardziej niż „nauczyły” chciałoby się powiedzieć: pokazały; na wiele rzeczy uwrażliwiły i otworzyły mi oczy. Tak po prostu, mimowolnie. Nauka zakłada chyba jednak jakąś chęć, wolę, swego rodzaju staranie – tymczasem dubajska przygoda to raczej stan otwartości umysłu. Może przerodzić się to w stan jego zamknięcia, w zależności od charakteru i poglądów, bo temu też życie w Dubaju i moja praca sprzyjają.

3 lata w Dubaju sprawiły, że innego znaczenia nabrał dla mnie czas. Nikomu nie trzeba tłumaczyć, że praca stewardessy to długie, nieraz 12-, 16-godzinne loty na drugi koniec świata. Tyle wiedziałam sama, nie zdawałam sobie jednak sprawy, z czym będzie to się wiązać. Lot z Dubaju do Houston czy Auckland trwa niemal 16 godzin, doliczyć do tego trzeba czas przed lotem, bo dla nas praca zaczyna się 2 godziny wcześniej – a przecież trzeba też odpowiednio wcześniej wstać, wymalować się, ubrać i spakować, zjeść śniadanie – co dla mnie jest zawsze najważniejszym punktem przygotowań. Nieważne, czy muszę stawić się o 8 rano czy o 2 w nocy – dobrze wiem, że zanim zjem coś konkretnego minie dużo czasu, wolę więc nastawić budzik 20 minut wcześniej, by w spokoju zjeść owsiankę czy jajecznicę. Po wylądowaniu musimy jeszcze dopełnić kilku pokładowych obowiązków, przejść przez kontrolę paszportową, dojechać do hotelu – taka podróż to czasem kolejna godzina…zanim znajdziemy się w hotelowym pokoju mija sporo czasu. A wtedy – cóż, gdy w miejscu, do którego dotarliśmy, jest środek dnia, mimo że dubajski zegarek i rytm ciała wskazują na środek nocy, czasem jedynym wyjściem jest…wyjście na miasto. Przecież szkoda dnia! Wyspać się można zawsze we własnym łóżku, po powrocie do Dubaju. Przecież sen jest dla słabych, a my nie po to wykonujemy te prace i lecimy na drugi koniec świata, żeby przespać dzień.

I tak czas się zapętla. To tylko jeden z przykładów opisu zwykłego dnia pracy, ale często, oprócz tych lotów, które zabierają nas w dalekie krainy, mamy też krótkie, trwające średnio mniej niż 4 godziny w jedną stronę loty tam i z powrotem, tzw. turnaroundy. Iran, Indie, Arabia Saudyjska czy Etiopia są zbyt blisko, byśmy zostawiali tam na noc (z małymi wyjątkami). Taki dzień również może trwać w nieskończoność – gdy pierwszy lot odchodzi z Dubaju o 3 nad ranem, w pracy musimy się stawić o 1, a wracamy do domu o 13 – czasem 12-godzinny Nowy Jork jest przy takim turnaroundzie jak bułka z masłem. Czas się zapętla, przyspiesza i zwalnia, budzimy się w niedzielę, chodzimy spać we wtorek, nagle jest środa, ale wracamy do domu i czas się cofa do wtorku. Mój zegarek zawsze pokazuje godzinę, która jest w Dubaju, ważne przecież, by mieć coś stałego. Bywa, że 3-godzinny lot ciągnie się w nieskończoność, a ten, który trwa godzin 12 przemyka w okamgnieniu. Miesiące mijają w takim tempie, jak tygodnie, tydzień to czasami jeden długi lot. Czas nabrał dla mnie zupełnie innego wymiaru.

Pory roku? Blef. Skutecznie można unikać zimy i złej pogody, wystarczy tylko dobrze zaplanować roster. Upalne lato w Dubaju? Owszem, jeśli spędza się tu wystarczająco dużo czasu, by je poczuć, a przecież można wziąć urlop i wyjechać. Z utęsknieniem wyczekujemy arabskiej zimy, a to przecież nic innego, jak znane z polskich klimatów…lato.  Przy odrobinie wysiłku śnieg i mróz, a także deszcz i burze stają się powodem do odwiedzenia danego miejsca – grudniowa Moskwa, Azja w trakcie monsunu, huragan w Hong Kongu…Zjawisk pogodowych znanych mi wcześniej wyłącznie z telewizyjnych wiadomości doświadczam teraz na własnej skórze.

Nauczyłam się, że ludzie podróżują z wielu rozmaitych powodów. Że mieszkają w Dubaju i wykonują tę samą pracę, co ja, nie tylko po to, by podróżować. Każdy tutaj ma swoją historię, niepowtarzalną i odróżniającą go od innych.

Praca i podróże pokazały mi miejsca najbogatsze i najbiedniejsze. Wbrew pozorom, nie wszyscy, którzy podróżują luksusowymi wydawałoby się liniami, należą do zasobnych – oprócz lotów do bogatszych miast świata mamy w swojej siatce połączenia do tych raczej biednych. Pasażerowie lotów do Pakistanu, Indii, Bangladeszu i nie tylko to prości robotnicy, którzy w Dubaju ciężko pracują i nierzadko tylko raz do roku mają szansę krótkiego odwiedzenia rodziny. Na ich widok nasze pracownicze narzekania i pojękiwania ustają, bo nikt nie wyobraża sobie, by mógł być na ich miejscu.

Tymczasem my nawet w najuboższych krajach nocujemy w najlepszych hotelach, dostajemy diety na wyżywienie i zniżki na hotelowe usługi. W Dubaju na rachunki nie wydajemy wiele, bo wszystko to opłaca nasz pracodawca. Wydawałoby się, że oszczędzanie przychodzi łatwo? – cóż… różnego rodzaju zniżki kuszą, żeby raczej wydawać, niż oszczędzać. Łatwo wpaść w błędne koło spłacania karty kredytowej z poprzedniego miesiąca nowo otrzymaną pensją i w efekcie powtarzanego z miesiąca na miesiąc zdania : „jeszcze jeden miesiąc, jeszcze jeden kontrakt…”

Łatwe życie w dobrobycie uzależnia, przyznaję z pełnym przekonaniem. Rozmowy z przyjaciółmi, wykonującymi inne, „przyziemne” prace uświadamiają mi lekki absurd i oderwanie od rzeczywistości świata, w którym na co dzień przebywam. Problemy „normalnych” ludzi w naszej społeczności nieomal nie istnieją, ekscytujemy się tu zgoła innymi rzeczami („znowu zmienili serwis”, „A. podkablował B. do przełożonych”, „zamiast obiecanych 3 lotów dziennie do C. znowu są tylko 2”, „wyobraź sobie że w D. znowu zmienili nam hotel!” itd.).

Skutki, jakie latanie ma na nasze ciało, to temat na osobny artykuł. Nie bez kozery to jedna z głównych przyczyn, dla których crew rezygnują z pracy w przestworzach. Zmiany ciśnienia, ciągłe przebywanie w klimatyzowanej, zamkniętej przestrzeni, bycie wystawionym na zarazki i bakterie z całego świata, do tego brak snu i rozregulowany tryb życia – o tych i wielu innych sprawach i ich konsekwencjach staramy się nie myśleć. Na szczęście, mój organizm radzi sobie z nimi stosunkowo dobrze, rzadko choruję i moja odporność odkąd zaczęłam latać wcale gwałtownie nie spadła – najdłużej z latania wykluczył mnie przykry wypadek w Hong Kongu, ale to inna historia… 😀 Crew zażywają wiele specyfików – łykają witaminy, oleje, piją cudowne mieszanki, co jakiś czas dosypują nowych magicznych proszków do wody, którą piją na pokładzie. Każdy radzi sobie, jak umie – szybko uczysz się czytać swój organizm, i że nie wszystkie recepty dobre dla jednej osoby, będą się sprawdzać dla Ciebie. Najprostsza rada, jaką ja mogę dać, to prowadzić zdrowy tryb życia: pić dużo wody, zarówno na locie, jak i na co dzień, zdrowo się odżywiać – ja staram się gotować własne jedzenie zawsze, gdy mam dni wolne; jedzenie pokładowe może być czasem zgubne, a zwłaszcza łatwy dostęp, jaki się do niego ma 😉 , ponadto na layoverach też „jem na mieście” więc lubię wiedzieć, co jem, tak często, jak tylko mam na to wpływ. Aktywność fizyczna to także konieczność, brak rutyny skłania do porzucenia ćwiczeń czy zajęć na siłowni, które kiedyś wykonywaliśmy regularnie, warto jednak się mobilizować i pamiętać, że wpływa to korzystnie na naszą kondycję i zdrowie (zawsze, nie tylko w pracy stewardessy!).

Latanie to najwspanialsza przygoda, jaka mi się dotychczas przytrafiła. Jeden telefon, który kiedyś wykonałam, odmienił moje życie o 180 stopni. Chciałabym zakończyć tego posta z prostym przesłaniem:  warto marzyć i warto w swoje marzenia wierzyć, mówić o nich głośno i się ich nie wstydzić. Czasami wokół nas dzieje się magia i kto wie, która wróżka naszych zwierzeń wysłucha 😉

 

Niezły Sajgon!

Gdy planuje się życie w obcym kraju, czasem warto wcześniej wybrać się tam na zwiady. Zastanawiając się nad tym, co będę robić, gdy przygoda z Dubajem dobiegnie końca, rozmyślam ostatnio o wyjeździe do Wietnamu. Z tego powodu wizyta w Sajgonie, czyli Ho Chi Minh City, cieszyła mnie podwójnie.

Mimo że nie jestem fanką zorganizowanych wycieczek na layoverach, czasami zdarza się, że nie są one najgorszą opcją. W miejscach, które mają do zaoferowania wiele, 24 h to często wyzwanie walki z czasem. Wydaje się, że Wietnam jest jednym z takich miejsc, w których zorganizowanie czasu jest wyjątkowo ważne, bo jasne jest, że nie da się zrobić wszystkiego – a często i nie sposób samemu wszystko zorganizować tak, jak zrobiłby to ktoś za nas.

Najpierw czekała nas długa droga. Po tym, jak już przedarliśmy się przez pełne motocykli skuterów i riksz miasto, a zaraz za jego granicami – przez podmokłe, rozciągające się wzdłuż autostrady pola ryżowe, na których gdzieniegdzie znajdowały się barwnie malowane miejsca rodzinnego pochówku, prawie byliśmy u celu. Czekał nas jeszcze postój w turystycznym zajeździe, który miał być ostatnią szansą na spotkanie z cywilizacją przed wjazdem do dżungli, a tymczasem był niczym więcej jak turystyczną pułapką w najgorszej postaci. Każda wycieczka, która zmierzała tam, gdzie my, zatrzymywała się w tym samym miejscu, zbudowanym dokładnie w jednym celu. Jeziorko z przepięknym mosteczkiem, na którym każdy robił sobie zdjęcie, sklep z pamiątkami – i to nie tylko z Wietnamu, były tam też wyroby Aborygenów z australijskiego buszu (podobno) czy magnesy z innych krajów azjatyckich; mini-sklepik spożywczy i stoisko ze świeżo wyciskanymi sokami. W zasadzie, po co jechać dalej, jak tu już wszystko jest? – My jednak ruszyliśmy.

Niedaleko stamtąd znajdował się port, gdzie weszliśmy na czekającą już na nas łódkę z umocowanymi na jej pokładzie, elegancko wyglądającymi krzesłami ogrodowymi. Łódką dopłynęliśmy do dżungli, a później dalej, wgłąb rzeki Mekong, bo to było głównym punktem planu tamtego dnia. Po drodze musieliśmy odbyć jeszcze wizyty w małej fabryce, właściwie – manufakturze wyrobów z kokosa, gdzie uwijano się z produkcją kokosowych mordoklejek, olejów i kosmetyków, byliśmy także na farmie, gdzie powstaje miód i jego pochodne, w owocowym ogrodzie, gdzie poczęstowano nas herbatą i pysznymi, świeżymi owockami, a także w miejscu, gdzie w klatkach trzymano różne zwierzątka, m.in. długie, grube węże. Rzecz jasna główną atrakcją było tam fotografowanie się w wężowych objęciach, co nie wydało mi się zbyt świetnym pomysłem. Później tego dnia, w miejscu, gdzie jedliśmy obiad, na uwięzi widziałam także inne zwierzęta – żaby, krokodyle a także mrówkojady. Nasz przewodnik bez ogródek powiedział nam, że żaby trzymane są tam na jedzenie, krokodyle – na skórę, a mrówkojady – cóż, chyba dla zaspokojenia czystej turystycznej „fantazji”.

Jasne, że w każdym z tych miejsc oczekiwano od nas, że coś kupimy, czy to miód, czy kokosowe smakołyki, czy choćby damy napiwek grajkom, którzy przygrywali nam i śpiewali do herbaty, smęcąc i zawodząc jakąś wietnamską operę.  Wszystko zorganizowane jest tak, aby turysta się nie nudził, zobaczył i doświadczył jak najwięcej, był szczęśliwy i najedzony.  Samemu ciężko byłoby chyba osiągnąć podobny efekt, napakować dzień tyloma wrażeniami. Mówię to z pewnym przekąsem, bo mimo mnóstwa zdjęć, radości i uciechy, które były też moim udziałem, pozostaje pytanie o autentyczność całego doświadczenia. Dla mnie najciekawszym momentem była przeprawa przez wąskie kanały Mekongu, mijanie łódek pełnych innych turystów, ale i też lokalnych ludzi, dla których podróż kolorowymi łodziami to część codzienności.

Po obiedzie, przejażdżce rowerami po pobliskiej wiosce, drzemce w hamaku i zrobieniu tysięcy zdjęć, czas było wracać do hotelu. Krótki spacer po mieście szybko uzmysłowił mi, że tutaj – podobnie trochę jak w Polsce – pieszy jest nieustannie w niebezpieczeństwie i nie traktuje się go poważnie. Tyle tylko, że w Polsce o miejsce na drodze trzeba walczyć z kierowcami samochodów – wciąż jeszcze, niestety, daleko nam do kultury zatrzymywania auta na niechby i pustej, lokalnej uliczce, po to żeby umożliwić komuś przejście po pasach – tak w Wietnamie głównym wrogiem są…skutery. Setki, tysiące maszyn, które mkną na czerwonym świetle, za nic sobie mając zielonego piechura mieniącego się na sygnalizatorze. Gdy tak stałyśmy z jedną dziewczyną z załogi na pasach, nie mogąc zebrać się na odwagę, by postawić pierwszy krok na jezdni, jeden z Wietnamczyków uświadomił nas, że na ulicę po prostu się wchodzi, żaden skuter nas nie przejedzie. Najwyraźniej na kursie jazdy uczą ich jak skutecznie omijać pieszych.

Wietnam to miejsce, gdzie w kawiarniach zamiast krzeseł królują hamaki, gdzie krzesła – gdy już są – wyglądają jak dziecięce stołeczki. Gdzie narodową potrawą jest bagietka, a w plecionych, „pocztówkowych” kapeluszach chodzi każdy. Kraina ryżu, skuterów i pysznej, wietnamskiej kawy. Chyba nie zdziwi nikogo, gdy napiszę, że planuję tam wrócić 😉

Abudża. Zabawa po nigeryjsku

Do Nigerii jeździłam wcześniej z przekonaniem, że mimo iż chciałabym coś zobaczyć, to wiele mi się i tak nie uda, bo przecież obecność żołnierza z wielkim karabinem na przedzie busa, którym wiozą nas do hotelu z lotniska, o czymś świadczy. Nie wyrywałam się więc z samotnym wędrowaniem po okolicy – dopóki nie spotkałam pewnego Polaka, który, jak się szybko okazało, ma znajomych w wielu afrykańskich miastach. Tak się złożyło, że przez jeden miesiąc lataliśmy razem, więc dzięki niemu zobaczyłam trochę więcej Afryki, takiej „od środka”.

Mało kto kojarzy Abudżę z tym, że jest stolicą Nigerii. W zasadzie, mało kto chyba o Abudży słyszał, a jeśli już, to pewnie nie kojarzy się ona z niczym (ciekawym). Tymczasem, co wzbudziło moje duże zaskoczenie, Abudża tętni życiem, a co więcej – z autobusu zniknął karabinier, i wyjście z hotelu jest jednak możliwe!

Po przylocie i krótkim odpoczynku, spotkaliśmy się z Nigeryjczykiem Kankanem i Filipinką Jenny, znajomymi A., którzy zabrali nas na kolację. Jenny pracuje w filipińskiej ambasadzie w Abudży, Kankan dla nigeryjskiego rządu. Oboje obracają się w towarzystwie, które składa się w większości z europejskich, amerykańskich, australijskich ekspatów – pracowników konsulatów, ambasad, zagranicznych firm, mających swoje przedstawicielstwa w Nigerii.. Tworzą oni grupę, która organizuje wspólne wyprawy w góry, wycieczki po okolicy, wypady rowerowe i różnego rodzaju spotkania i aktywności. Są w niej też Polacy! Jenny, która mieszkała już w różnych dziwnych miejscach takich jak Sudan, nie chce słyszeć o powrocie na Filipiny. „Tu mi dobrze”, mówiła, „tu jest spokój”. Faktycznie, z ich perspektywy, życie w Abudży wydaje się… przyjemne! Wspólne spotkania, kosmopolityczne towarzystwo, prostota życia, jaką szybko daje się zauważyć – niewiele więcej trzeba chyba do szczęścia. Dopiero w takich miejscach jak Nigeria człowiek zmuszony skonfrontować jest własną pogoń za szczęściem, czy tym, co wydaje się nam do niego drogą, z idealną prostotą życia, z tym, co faktycznie jest nam niezbędne, by być zwyczajnie szczęśliwym.

Polubiłam Abudżę tak bardzo, że Asia się śmieje, że to teraz mój ulubiony layover, na równi z Houston. :P, a Kankan wysyła mi  jeszcze czasem oferty pracy w tamtejszych organizacjach humanitarnych.

Następnego ranka Kankan i Jenny zabrali nas na małą wycieczkę. Najpierw pojechaliśmy do „sklepu z pamiątkami”, który miał formę repliki tradycyjnej nigeryjskiej wioski. Można tam było nabyć ręcznie robione rzeźby, obrazy, bębenki, grzechotki i koszule, ale także buty czy ubrania wykonane z krokodylej skóry, dywanik ze skóry zebry czy antylopy, no i oczywiście elegancko wypchane krokodylki i kajmany. Jednym słowem, wszystko to, co na niektórych lotniskach figuruje na „wystawce” opatrzonej etykietką „Nie przewoź!”.  Mimo że „wioska” powstała na potrzeby turystyczne, choć o dynamicznej turystyce w stolicy Nigerii ciężko mówić, tuż za tylnymi drzwiami każdego takiego straganu toczyło się normalne, afrykańskie życie – ludzie prali, jedli, odpoczywali, chroniąc się w cieniu przed upałem, handlowali jedzeniem czy produktami domowymi. Dla pewności, wolałam niczego nie kupować, żeby później się nie okazało, że przez nieuwagę wiozę jako prezent fragmenty skóry zagrożonego wyginięciem krokodyla…

Później pojechaliśmy do lunaparku. Tak, podczas gdy na layoverach crew zawsze udaje się do Disneylandów i Universal Studios, my zaliczyliśmy pobyt w egzotycznym nigeryjskim Magiclandzie, który ponoć na weekendach pęka w szwach. Ponieważ byliśmy tam tuż po otwarciu, spotkaliśmy tylko kilku innych „pasjonatów” dobrej rozrywki. Przy tak wczesnej porze odwiedzin, owszem, wpuszczono nas do środka, ale wszystkie atrakcje wciąż były nieczynne, pozostał nam więc spacer po czymś, co mi bardziej przypominało „creepyland” albo park rodem z amerykańskiego horroru czy filmu pokroju „Miasteczko Twin Peaks”, a nie plac zabaw i rozrywki. Bliskość Bożego Narodzenia była tam wciąż widoczna. O popularności wesołego miasteczka świadczyć mógł jasno fakt, że swoje filie miały tam też różne sklepy, nie pomijając salonu sukien ślubnych. Afrykańczycy wiedzą, gdzie szukać potencjalnych  klientów, nic dziwnego, że Nigeria jest jednym z najszybciej rozwijających się demograficznie krajów na świecie. Mieliśmy jednak odrobinę szczęścia i otworzono specjalnie dla nas jedną z kolejek – którą tylko mieliśmy kaprys sobie zażyczyć. Zabawa była przednia, i naprawdę ubawu miałam po pachy.

Ponieważ nieco zgłodnieliśmy, w drodze na lunch najpierw przystanęliśmy na lokalnym targowisku, gdzie kupić można tylko wyłącznie nigeryjską specjalność, kilishi, czyli suszone na słońcu, dobrze doprawione – no, to za mało powiedziane, tak właściwie to bardzo pikantne mięso, które później w wielkich płatach, układanych jedne na drugich, wystawia się na straganach, a sprzedaje, odrywając kawałki i pakując w gazetę. Mięso jest pyszne, ale pali szatańsko, i mimo że trochę się już przyzwyczaiłam do wszechobecnych pikantnych potraw, ba, nawet nauczyłam się je lubić, to myślę, że kilishi to sport dla wytrwałych i zdecydowanie dla pasjonatów. Zresztą, pierwszą barierą, którą trzeba pokonać przy kupnie kilishi, jest widok obsiadających mięso much…

Rozognieni przystawką, na lunch wybraliśmy się na lokalny market, znajdujący się tuż obok bazy wojskowej. Mogadishu Cantonment, czyli baraki Abacha, których nazwę nie tak dawno temu zmieniono na Mogadishu, są pozostałością po pierwszych militarnych zasiekach, które powstały przy okazji przenosin nigeryjskiej stolicy z Lagos do Abudży. To m.in. tam w 2011 zaatakowało Boko Haram, eksplodując bombę w ruchliwej części targu. Dzisiaj nie da się wjechać na teren marketu bez obowiązkowej wojskowej kontroli samochodu. To zresztą praktyka dość częsta w całej Afryce więc aż tak nie byłam zdziwiona.

Zarówno lokalna ludność, jak i zagraniczni goście, chętnie odwiedzają Mohadishu market, i nie ma co się temu dziwić. Ze względu na to, że musieliśmy wracać na lot, nie mogliśmy poczuć wieczornej atmosfery tego miejsca, które pęka ponoć wtedy w szwach, ale udało nam się skosztować tego, dla czego wszyscy się tam tak chętnie zjeżdżają – grillowaną rybę. Na środku targu znajduje się ogromny, okrągły ruszt, wokół którego promieniście skupione są stoły i krzesła, przynależące do różnych „restauracji”.  Ponieważ wczesnym popołudniem miejsce było dość puste, zasiedliśmy bez problemu w jednym z otwartych stanowisk i po chwili wybieraliśmy rybę, którą miano nam później upiec na tym największym grillu, jaki kiedykolwiek widziałam. Ryby były świeże i pyszne. Lokalnym zwyczajem, nikt nawet nie zaproponował nam sztućców, więc jedliśmy gorącą – palącą i palce, i język, pikantną! – rybę rękami. Ponieważ było już ciut za późno na piwko – godzina wylotu była zbyt blisko, a jak wiadomo, alkoholu nie możemy spożywać minimum 12 godzin przed lotem – smak ryby łagodziliśmy zmrożoną w jedną wielką kostkę lodu wodą.

Ze względu m.in. na niedawną epidemię eboli, wszędzie w Afryce podkreśla się konieczność częstego mycia rąk. Nawet w najbardziej zapyziałych wydawałoby się miejscach zdarza się, że ktoś poda nam miskę z ciepłą wodą i mydło, lub też w innej wersji płyn do mycia naczyń 😉

Najedzeni i szczęśliwi, wróciliśmy do hotelu. Leciałam do Dubaju z nadzieją, że praca znów wyśle mnie do Abudży, która naprawdę nie jest taka straszna! 🙂

Wielka chińska wspinaczka

Widząc w grafiku Pekin, nie od razu wpadłam w zachwyt. Chiny, niby egzotyka ale przecież już byłam, trochę już nawet widziałam, zresztą lot miał być niby wymagający i wszystko jakieś odpychające… Dopiero po chwili do mnie dotarło – Pekin, Chiny i Wielki Mur!!

No właśnie. Przyzwyczajeni do luksusu życia poza miejscem i czasem, nieraz pochopnie sprowadzamy niesamowite miejsca do tego, jaki będzie lot i czy aby na pewno w hotelu jest darmowy internet. A tymczasem wyprawa do Chin to dla  niektórych spełnienie marzeń! I mnie się ona przytrafia ot, tak, nawet, gdy o to nie proszę 😉

Razem z kilkoma innymi crew, wybraliśmy się zatem na Wielki Mur. Po ponad godzinnej podróży poza miasto, dotarliśmy do podnóża gór, na których rozciągał się mur. Żeby było jasne, przyjechaliśmy w miejsce, które jest stosunkowo blisko od Pekinu. Różnie mówi się o długości muru, którego początki sięgają VII w. p.n.e. Jedni podają, że ma 2500 km, inni, że wliczając odnogi i rozgałęzienia, łączna długość może sięgać niemal 9000 km. Nie zmienia to faktu, że jest on po prostu DŁUGI. Najlepiej zachowane fragmenty są właśnie w okolicach chińskiej stolicy, choć dostać się na niego można w wielu miejscach. Mieliśmy duże szczęście, gdyż pogoda dopisywała. Mimo zimowej aury, świeciło mocne słońce, a powietrze było czyste i przejrzyste. A to ma znaczenie, gdyż Pekin słynie ze smogu, prawie tak jak Kraków 😉 – i ci, którzy byli w Pekinie tydzień przed nami, opowiadali, że wówczas nie było widać niemal nic. (Tak nawiasem, na briefingu przed lotem zostaliśmy zaopatrzeni w maski i poinstruowani, że wychodzimy z hotelu trochę na własne ryzyko, zanieczyszczenie powietrza jest bowiem tak duże….Rzecz jasna, maski posłużyły nam za wdzięczne atrybuty do zdjęć a ich kariera jako instrumentów ochronnych była dość efemeryczna.)

Zdecydowaliśmy, że na sam mur dotrzemy pieszo. Nasz kierowca nie był tym zachwycony. Przez całą drogę, od hotelu do parkingu pod murem, a stamtąd aż do samego wejścia na „teren obiektu”,  próbował nas przekonać do wzięcia alternatywnego środka transportu, czyli kolejki, podjeżdżającej na sam szczyt góry. Jedna z dziewczyn mówiła po mandaryńsku, więc to ona komunikowała się w tym języku z naszym kierowcą. Mimo to, z niewiadomych przyczyn co 5 minut wtrącał on angielską frazę, wypowiadaną na charakterystycznym chińskim ‚akcencie’ angielskim (wybuchowym) wydechu „Cable car, go high!”. Początkowo nie zwracaliśmy na to uwagi, ale kiedy nawet przy pytaniu o jedzenie, do jego chińskiej wypowiedzi wkradło się ponownie ” Cable car, go high!”, nie mogliśmy się już powstrzymać od śmiechu.

Szybko okazało się jednak, że nie bez powodu ostrzelał on nas tym hasłem tak wiele razy.

Pewni tego, że na mur wejdziemy schodami, postanowiliśmy najpierw coś zjeść. Na szczęście, pod murem urządzono urocze turystyczne miasteczko w moim ulubionym kiczowatym stylu, z makdonaldem, subwayem, kfc i mnóstwem sklepików z chińskimi pamiątkami. Były też klimatyczne fast-foodowe restauracyjki z chińskim jedzeniem w europejskim stylu,  które – w zasadzie jak wszędzie w świecie – wykorzystują instytucję naganiacza ulicznego, czy jak to się mówi w Krakowie, „promotora”, aby zaprosić przechodniów do wejścia. Ponieważ zima, i ponieważ „przechodniów” nie było aż tak wielu, co sprytniejsi zamiast wystawać na mrozie zaopatrzyli się w mikrofon i ilekroć widzieli nadchodzących turystów, łapali zań ochoczo i wesoło pokrzykiwali do potencjalnych klientów. Byłam naturalnie zachwycona.

Na szczęście, śniadanie zjadłam wcześniej w hotelu. Chiński fast-food niespecjalnie do mnie przemawiał. Gdy już wszyscy wciągnęli kurczaki i smażony ryż, ruszyliśmy podbijać mur. Pełni energii, stanęliśmy u stóp schodów, które początkowo – przynajmniej dla mnie – nie wyglądały groźnie… Szybko jednak zaczęła się prosta eliminacja palaczy i tych, którym wysiłek  fizyczny jest obcy. Mimo że przez jakiś czas żyłam w siłowniowym ‚denial’, schody nie miały prawa mnie pokonać, co nieomal stało się z połową naszej grupy. Dokonując jednak przerw co 10 stopni, jakoś dotarliśmy na szczyt. Po drodze jednak zgodnie stwierdziliśmy, że może kierowca pełen był najlepszych intencji, usiłując przekonać nas że „Cable car, go high!”, i że może niekoniecznie próbował naciągnąć nas na jazdę kolejką, z której jak podejrzewaliśmy miał jakiś profit.

No a po dotarciu na szczyt, cóż więcej można opisać – przeżycie było niesamowite. Nie mogłam uwierzyć, że moja noga stanęła na kolejnym ze współczesnych cudów świata!

Mur ciągnie się i ciągnie. W wąskich przejściach i ciasnych wieżyczkach wciąż można poczuć ducha dawnych czasów, gdy strażnicy strzegli granic chińskiego imperium przed wrogiem.  Łatwo sobie wyobrazić ich przemierzających kamienne ścieżki i spozirających przez malutkie okienka. Można też zostawić „ślad po sobie” w postaci podpisu na specjalnie przygotowanych do tego tablicach.

Pospacerowawszy po murze, gdy już poczuliśmy się wystarczająco przeniesieni w czasie, jako metodę powrotu postanowiliśmy wybrać zjazd w dół ‚bobslejem’. Tabliczka jasno przestrzegała przed zbytnim rozpędzaniem się, czego konsekwentnie strzegli porozsadzani w kilku krytycznych momentach trasy chińscy strażnicy. Do tej pory nie wiem jednak, jak można te saneczki rozpędzić tak, by prędkość była niebezpieczna, ja miałam problem by w ogóle zjechać w dół! 😀

Żałowałam, że czasu nie starczyło mi by dotrzeć jeszcze do Zakazanego Miasta. Następnym razem! Cieszę się, że do Pekinu mam jeszcze po co wracać 😉

Królewska wizyta u Obamy – Washington D.C.

Po pierwsze to sprostuję trochę tytuł posta: niestety, z żadną wizytą u Barracka się nie udało, nawet że byłam pod Białym Domem ostatnio dwa razy. Widać na prezydenta nie działają już królewskie tytuły, być może mu to trochę wręcz spowszedniało, przebywanie z takimi #royalties jak ja. A że bez Obamy wizyta w Washington D.C. to już nie to samo – cóż…

Po drugie: dlaczego Washington D.C. a nie po prostu – Waszyngton, tak jak mówi się powszechnie w Polsce? – W USA Waszyngtony są dwa. Pierwszy, większy, to stan Waszyngton, w którym znajduje się m.in. uwielbiane przeze mnie Seattle. Drugi – to właśnie D.C., stolica Stanów Zjednoczonych. D.C. to nic innego jak skrót od „District of Colombia”, czyli Dystrykt Kolumbii, utworzony jako specjalna jednostka samorządowa trochę na potrzeby ‚stolicy’. Stąd też nie dziwi nikogo (choć mnie muszę przyznać na początku to śmieszyło) posługiwanie się pełną nazwą, Washington D.C.

Po trzecie, dlaczego królewska? – Cóż, to powinno rozumieć się samo przez się, nie każdy nosi (samozwańczy trochę) tytuł Queen of Poland 😉

Po raz pierwszy do Waszyngtonu poleciałam w samym środku upalnego lata. Tuż po przylocie oznajmiono nam, że adres hotelu uległ tymczasowo zmianie, i po trwającej 2 minuty jeździe z lotniska, byliśmy już na miejscu. Pas startowy wydawało się że jest po drugiej stronie ulicy…. – Tym samym, plany się trochę pokomplikowały, gdyż dotarcie do centrum miasta oznaczało godzinną i kosztowną jazdę taksówką…Na szczęście, nie wszystkie dziewczyny z crew chciały jechać wyłącznie na zakupy, co często się w przypadku lotów do Stanów zdarza, i w czwórkę ruszyłyśmy pod Biały Dom.

Pan taksówkarz objaśnił nam z ochotą gdzie-co-i jak, pokazując w trakcie jazdy malowniczo usytuowany Uniwersytet Georgetown, znajdujący się w dzielnicy o tej samej nazwie, do której niestety nie udało mi się niestety jeszcze dotrzeć. Choćby z tej przyczyny wielka szkoda, że layover w D.C., które nie jest dla niektórych najbardziej ekscytującą destynacją, trwa 24 h. Wysiadłyśmy tuż przed Białym Domem, pod którym nie można było odgonić się od turystów. Wszyscy chcieli mieć zdjęcie z siedzibą prezydenta w tle, z nadzieją, że może w którymś z okien ukaże się jego uśmiechnięta głowa. Ogrodzenie od chodnika i „śmiertelników” oddziela wydzielony pas przestrzeni, po której poruszać się mogą wyłącznie strażnicy i tajne służby. Nikomu to jednak nie wadzi, tak jak nie wadził żar lejący się z nieba, a oprócz turystów można się było natknąć na zbieraninę ludzi, którzy zbierali na coś pieniądze, prowadzili nieme manifesty, chcieli nawracać na różne religie, protestowali przeciwko nielegalnemu handlowi narządów….

Nie doczekawszy się na Obamę, a nie chcąc wszczynać z tego powodu karczemnej awantury (jak powiadomił nas w metrze pewien przechodzień, czego jak czego ale policji w Waszyngtonie jest pod dostatkiem), poszłyśmy w stronę kolejnego symbolu miasta, Pomniku Waszyngtona, białego obelisku znajdującego się na małym wzniesieniu w parku National Mall. Nic dziwnego, że wciąż robi takie wrażenie, skoro nosił kiedyś tytuł najwyższego budynku na świecie (później tytuł ten przejęła Wieża Eiffle’a, było więc to istotnie dość dawno temu).  National Mall to przestrzeń, która obejmuje także słynną „sadzawkę”, wiodącą od obelisku do wznoszącego się nad parkiem Lincoln Memorial ze słynną statuą zasiadającego w marmurowym fotelu niczym na tronie prezydenta Lincolna. Wdrapanie się na szczyt „świątyni” kosztuje nieco wysiłku, ale warto na własne oczy popatrzeć na zafrasowaną twarz prezydenta. Waszyngton był chyba miejscem, o którym nigdy nie pomyślałam, że w nim będę, i wizyta u Lincolna i Obamy wciąż wydają mi się z tego względu nieco odrealnione. Udało nam się też zobaczyć fragment ceremonii, w której udział brali wojenni weterani – i choć w Polsce z wiadomych względów, uroczystości o podobnym charakterze widziałam co najmniej kilka, to ta miała filmowy wręcz amerykański urok.

Jednym z ciekawszych, pełnym turystów, choć nie do końca „turystycznym” miejscu, do jakiego się udałyśmy, był znajdujący się tuż obok Białego Domu sklep z pamiątkami. Iście amerykańskie doznanie, bo ciężko inaczej niż przymiotnikiem „amerykański” opisać to, co się tam znajduje: skarpety z wizerunkiem Jeffersona i Kennedy’ego, atrapy prezydenckiej mównicy, Gabinetu Owalnego i biurka, który się tam znajduje. Przy tych ostatnich można było zapozować do zdjęcia, jedynym warunkiem było zrobienie zakupów w sklepie za minimum 10$. Moim ulubionym znaleziskiem wśród ogromu pamiątek był otwieracz do piwa z uśmiechniętym szeroko Obamą, którego nie kupiłam, a czego żałowałam przez następne tygodnie. Był to najważniejszy chyba powód, dla którego nie próbowałam się pozbyć ujrzanego po raz kolejny w grafiku lotu do D.C. 😉

Przy okazji kolejnej wizyty w Waszyngtonie, wybrałam się do Muzeum Historii Naturalnej. Na terenie wspomnianego parku National Mall znajduje się także szereg muzeów, finansowanych przez fundację Smithsonian Institution. 19 muzeów, galerii i ogród zoologiczny, to największy tego typu kompleks edukacyjny na świecie. Muzeum Historii Naturalnej to nic innego jak wnętrza znane wielu z filmów „Noc w Muzeum”. I choć dużo osób przekonywało, że na w pełni satysfakcjonującą wizytę musielibyśmy poświęcić cały dzień, nam musiało wystarczyć ledwie kilka godzin, trzeba było więc ustalić priorytety. Przez wystawę o oceanach, historii ewolucji ssaków i człowieka doszliśmy do tego, co najbardziej nas interesowało – dinozaurów! ❤

Przez to, że nie zdążyliśmy obejrzeć więcej, przynajmniej wciąż mam teraz powód, aby do Waszyngtonu wrócić, mimo że samo centrum miasta nie jest za bardzo ekscytujące. No, i rzecz jasna, zawsze jeszcze czeka mnie wizyta u Obamy 😉

25 km spacerem po Nowym Jorku

Z tęsknoty za Nowym Jorkiem, powstanie stosowna notka o mojej ostatniej wizycie w mieście, które nigdy nie śpi.

Zdarzają się layvoery, które chce się zrobić tylko raz, i wydaje się, że raz wystarcza (choć moim zdaniem, nieważne ile razy w dane miejsce się wraca, zawsze jest coś do zrobienia i zobaczenia). Na naszym rynku wtórnym, gdzie wymieniamy się lotami, każdy rejs ma określoną wagę i czasem z góry wiadomo, że nie ma nawet co próbować, bo są marne szanse, że ktoś odda tę czy inną cenną zdobycz ze swojego grafiku. Przyczyniają się do tego rozmaite kwestie – długość lotu, jego „trudność”, destynacja… Z Nowym Jorkiem sprawa jest dość kłopotliwa, bo choć sam lot jest jednym z cięższych – trwa 12 godzin, niech to mówi samo za siebie! – to przecież to Nowy Jork. Nowy Jork, w którym nie ważne, ile razy wcześniej się było, ile się zwiedziło, ile przeżyło – zawsze będzie coś jeszcze do zrobienia, inny koncert, nowa wystawa, festiwal, pora roku, ciekawa kawiarnia… I gdy dojedzie się do hotelu, jak ręką odjął przechodzą wszystkie zmęczenia i zgryzoty, i do głosu dochodzi muzyka miasta. Mimo że tę stolicę świata odwiedziłam zaledwie dwa razy, skradła moje serce od pierwszego wejrzenia. I wiem, że nie należę do mniejszości…

Po przyjeździe do centrum – mamy niesamowite szczęście, że nasz hotel znajduje się dwa kroki od Times Square – umówiłam się z kilkoma osobami z crew i poszliśmy razem do Central Parku. Była niedziela, w dodatku pogoda dopisywała, w parku było więc dość tłoczno. Widząc Central Park na mapie, człowieka jakoś nie uderza, że zajmuje on ogromny fragment w przestrzeni miasta. Odczuwa się to dopiero, gdy wchodzi się na jego teren…i natychmiast nie wiadomo gdzie iść, bo mnogość ścieżek i traktów powala. Ośle łączki, boiska, sceny i odbywające się na nich koncerty, treningi, występy ulicznych grajków i kolorowych dobrych wróżek, w dodatku wszędzie otaczał nas ten nieznośny amerykański akcent (choć polską mowę też dało się posłyszeć, nasi są w końcu wszędzie); można było dostać zawrotu głowy z przesytu wrażeń.

Na kolację poszliśmy do popularnej sieciówki Chipotle, która słynie z taniego, meksykańskiego jedzenia i sowitych porcji. Jak na meksykańską knajpę przystało, serwowali też zrobioną na tequili margaritę, którą z ochotą wypiłam. Później spokojnym krokiem ruszyliśmy w stronę rozświetlonego, zatłoczonego Times Square, gdzie pełno było turystów, zwykłych przechodniów, neonów, wycieczek, ale i chodzącym miniatur Statui Wolności. Koło nich nie dało się przejść obojętnie 😉

Na północnej ścianie Times Square, tuż za pomnikiem Ojca Duffy’ego, służącego w amerykańskiej armii jako żołnierz i kapelan, znajduje się coś, co na pierwszy rzut oka wygląda jak wiodące donikąd schody. Dopiero po chwili człowiek spostrzega, że jest to miejsce dla „publiczności”, że można tam się spokojnie wdrapać i zasiąść, by z odpowiedniej perspektywy podziwiać nieustający ani na moment spektakl świateł, przechodniów i życia, toczący się na rozpościerającym się u podnóża schodków placu.

Następnego ranka, zanim spotkałam się z koleżanką z crew, z którą miałam spędzić resztę dnia, postanowiłam zobaczyć Times Square w świetle dnia. Po drodze, wśród mnóstwa sklepów i szyldów, króluje też logo polskiej firmy Inglot. Niemały to wyczyn, zwłaszcza gdy naokoło same największe marki, M&Ms, Rolex, H&M, Coca-Cola…. Wzięta na wynos kawa ze Starbucksa nigdy nie smakuje chyba lepiej niż pita w takich miejscach jak centrum Manhattanu 😉

Razem z Francuzką, która później do mnie dołączyła, zrobiłyśmy jedną z bardziej turystycznych rzeczy, które można zrobić w Nowym Jorku – udałyśmy się na poszukiwanie kamienicy, w której „mieszkali” bohaterowie serialu „Przyjaciele”. Mimo że na mapie, którą wraz z instrukcją jak tam dojść wzięłyśmy z hotelu, odległość do tego miejsca nie wydawała się daleka, w rzeczywistości przeszłyśmy dość spory kawałek, x2, bo przecież trzeba było też wrócić….(Wkrótce po tym, zorientowałam się, że mam w telefonie aplikację, która mierzy pokonywane kilometry i liczy stawiane kroki – i ze zdumieniem zobaczyłam, że po 24 h w Nowym Jorku licznik dobijał do nieomal 25 km!)  Dzięki temu jednak, spacerując, mogłyśmy poczuć trochę więcej nowojorskiej atmosfery i nacieszyć oczy widokami miasta.

Sam budynek, który posłużył za „dom” serialowych przyjaciół, znajduje się w dość spokojnej okolicy, która ma delikatne rysy angielskiej miejskiej zabudowy. Nie było super łatwo go znaleźć, ale też nie biegły w tamtą stronę tłumy. Nie nazwałabym tego absolutnie rozczarowaniem, fajnie było na własne oczy zobaczyć narożną kamienicę, którą tak dobrze zna się z telewizji, ale zdecydowanie nie ma po co tam wracać.

Na szczęście, jest milion innych jeszcze powodów, dla których do Nowego Jorku powrócić warto 🙂

Bezsenne Seattle (sen jest dla słabych!)

Wszyscy lubimy dwudniowe layovery. W zamierzchłych czasach dubajskiego lotnictwa, czyli jakieś kilka-kilkanaście lat wstecz, nasi poprzednicy cieszyli się trwającymi nie dzień, nie dwa – ale czasem i pięć dni postojami w danych miejscach. Obecnie 48-godzinne layovery zdarzają się raczej rzadko, na szczęście dotyczą głównie długich lotów do Stanów Zjednoczonych. Tuż przed urlopem, jakby na przekór kończącej się właśnie mojej rezerwie, dostałam jedną z ulubionych przez crew destynacji, amerykańskie Seattle. W dodatku dzień później lot do Seattle miała Asia, po raz pierwszy więc cieszyłyśmy się wspólnym layoverem, i to jeszcze w takim miejscu!

Pierwszego dnia, czekając na Asię, wybrałam się razem z crew na spacer po mieście. Seattle określane jest czasem jako „Melbourne Ameryki”, bo tak samo jak australijskie miasto zakręcone jest na punkcie kawy, trochę też jest podobnie hipsterskie i wyluzowane. Naprawdę da się to odczuć 😉 Pierwsze kroki skierowaliśmy w stronę słynnego Pike Place Fish Market, targu, gdzie można kupić kwiaty, miód, świeże owoce czy warzywa, ale też ryby i owoce morza. I to właśnie ten rybny stragan jest niejako wizytówką całego marketu, i po trochu też miasta. Ma to proste uzasadnienie w tym, jak wygląda procedura kupna ryby. Gdy ktoś zamawia świeżego łososia, ni stąd ni zowąd sprzedawcy zaczynają rytmicznie pogwizdywać i pokrzykiwać, wychodząc w stronę przyglądającego się tłumu, po czym niespodziewanie przerzucają między sobą kawał ryby. Latający łosoś robi czasem zakręty nad głowami widowni, tak też było z nami, staliśmy pomiędzy ubranymi w białe fartuchy sprzedawcami i uniknęliśmy dostania „rybą w twarz” o centymetry. Choć wygląda to imponująco, nie jestem pewna, czy smak takiej ryby zyskuje na wartości….

Tuż za marketem, piętro niżej, znajduje się kolejna znana atrakcja, dość kontrowersyjna, choć ciesząca się niesłabnącą popularnością – jest to wąska uliczka, której ściany od podstaw powyklejane są gumami do żucia. Zżutymi gumami 😉 Historia tego „interaktywnego” miejsca zaczęła się stosunkowo niedawno, bo na początku lat 90. Ma związek z teatrem wystawiającym komediowe improwizacje, znajdującym się właśnie w tamtym zakątku. Czekający wówczas w kolejce ludzie, w zaułkach Post Alley, jako pierwsi zaczęli performans przyklejania gum do murowanych ścian, w do gum wtłaczano jednocentówki. Najbardziej absurdalne pomysły zyskują zwykle w najszybszym tempie dziką popularność, i tak dzisiaj możemy „podziwiać” jedną z najbardziej wypełnionych bakteriami atrakcji na świecie. Trzeba mimo to przyznać, że mnogość barw, rodzajów, form i tworzonych przez odwiedzających kształtów robi niemałe wrażenie i z łatwością można zaszeregować to do specyficznego rodzaju street artu.

Mimo że na ogół stronię od miejsc, kawiarni czy restauracji odwiedzanych i polecanych szumnie przez crew, tym razem nie protestowałam – i całe szczęście. Na kolację wybraliśmy popularną nie bez powodu restaurację, słynącą z owoców morza, Crab Pot. Serwowane one są w dość nietuzinkowy sposób, który sam w sobie przyciąga gości obok smaku i gwarancji świeżości. Jako że była nas szóstka, postanowiliśmy „zaszaleć” i zamówić kilka zestawów, figurujących w menu jako specjalność zakładu. Zaraz po tym, kelner przyniósł nam zestaw stosownych narzędzi – drewniany młoteczek i papierowy fartuch z kolorowym logo restauracji, co rzecz jasna wzbudziło wszystkich wesołość. Najlepsze miało dopiero nadejść, bo kolację wysypano nam dosłownie na środek stołu, i sama już nie wiem co zeszło dłużej, łupanie i stukanie w krabie i krewetkowe szkielety czy pozowanie do zdjęć 😉

Po kolacji, zmęczenie wzięło górę nad większością, która zdecydowała się na powrót do hotelu, a ja zachęcona przez pewnego Hiszpana wsiadłam z nim w autobus i pojechaliśmy szukać najlepszego widoku na miasto. Ukryte w tak typowo amerykańskim przedmieściu wzgórze, z wyznaczonym i dość zatłoczonym punktem widokowym – nawet telewizja robiła z panoramy użytek – pozwalało wzrokiem objąć horyzont całego Seattle, ze słynną Space Needle pośrodku. Kosmicznie wyglądająca wieża powstała 50 lat temu z okazji światowych targów, na jej szczycie można zjeść obecnie kolację i wypić „piwo z widokiem”, jest rozpoznawalnym symbolem miasta.

Następnego ranka z Iwoną, inną Polką, która była ze mną w Seattle, poszłyśmy na śniadanie do – jak myślałyśmy – polecanej nam przez Asię fajnej kafejki. Przez pomyłkę znalazłyśmy się w niewłaściwym miejscu, bo skąd mogłyśmy przypuszczać, ze nazwa będzie taka sama, a pisownia inna – i choć śniadanie nie było spektakularne, nie ma tego złego. Po krótkiej pogawędce z latynoskim kelnerem, który podpowiedział nam, co ciekawego możemy zrobić, wsiadłyśmy w autobus, który wywiózł nas poza centrum, i choć naszym celem było odszukanie śluzy, regulującej poziom wody między jeziorem a rzeką, kontrolującej przeprawiające się z jednej w drugą stronę łodzie, przy okazji odkryłyśmy coś znacznie lepszego. Śluzy znajdują się w dzielnicy zwanej Ballard, która jest świetną alternatywą dla centrum i pełną duszy częścią miasta. Kafejki, oryginalne butiki, second handy czy sklepy z winylami, wszystko to składa się w klimatyczną całość. Wysiadłszy z autobusu, po drodze do parku, który sąsiaduje ze śluzami, przechodziłyśmy obok budynku, który z pozoru wydawał się starym magazynem, a w którym pełno było ludzi zasiadających przy stolikach i zajadających pięknie wyglądające śniadania. Widok miałyśmy dobry, bo stoliki były na poziomie sutereny. Jajka, tosty, a przede wszystkim naleśniki – łatwo doszłyśmy do wniosku, że tam powrócimy na śniadanie kolejnego dnia.

Zaraz po tym doleciała Asia. Razem zjadłyśmy lunch – gęsty i rybny chowder, zdobywający co i rusz pierwsze miejsca w kulinarnych konkursach. Spacerowałyśmy też w słońcu, pogoda była bowiem piękna, mijając po drodze pierwszą w świecie kawiarnię Starbucks – malutki sklepik, utrzymany wciąż w tym samym duchu, jaki towarzyszył mu od 1971 roku.

Jako że był weekend, wieczorem wyszłyśmy na drinka do Capitol Hill. Im ciemniej się robiło, tym bardziej okolica wypełniała się ludźmi, a to, że knajpy i bary bardzo szybko się zapełniały, kompletnie nie przeszkadzało gościom lokali, którzy pokornie stali w kolejce przed tym, który sobie wybrali, kompletnie nie przejęci tym, że….trzeba czekać! Coś, co byłoby nie do pomyślenia w wielu krajach, w tym także w Polsce – bo po co czekać, skoro można iść gdzieś, gdzie będą miejsca – tutaj jest na porządku dziennym. Rozmowy z lokalsami, otłuszczone, choć świeże fish & chips, kilka piw – wieczór należał do udanych.

Następnego ranka, żeby zasłużyć na olbrzymie śniadanie, które na nas czekało, poszłyśmy rano pobiegać. Było to zdecydowanie trafionym pomysłem, jako że śniadanie wszamałyśmy we trójkę ogromne. Warto było czekać – bo wiadomo, niedzielne śniadanko w ogromnie popularnym jak się okazało miejscu, nie mogło obyć się bez 45-minutowej kolejki….Najedzona i szczęśliwa, mogłam spokojnie wracać do Dubaju.

Do Seattle wróciłabym choćby dla tego śniadania, no i może jeszcze dla zadziwiająco dobrej jak na Stany kawy 🙂