Czas zapętlony, czyli 3 lata w Dubaju

Doskonale pamiętam ten moment, gdy dostałam  pracę w Emirates. Ponieważ spodziewałam się już telefonu z Dubaju, trzymałam aparat w trybie głośnym, mimo że normalnie jest on wyciszony. Sprawdzałam kilkukrotnie tego poranka, czy aby na pewno dźwięki działają głośniej niż zwykle, bo ówczesny telefon lubił płatać mi figle. Uff, wszystko działa jak należy, za każdym razem z ulgą oddychałam. Poszliśmy z Robem na spacer na krakowskie Planty i na moment zapomniałam o tym, by nieustannie mieć smartfona w dłoni. Jak to w życiu bywa, moment nieuwagi wystarczył. Gdy w pewnym momencie wygrzebałam go z dna torebki, zorientowałam się, że przegapiłam nie jeden, a dwa telefony z dubajskim prefiksem, co spełniło mój najgorszy ówczesny koszmar – to niemal tak, jak nastawia się pięć budzików, by rano zdążyć na ważny autobus i żaden z nich nie dzwoni lub nas nie budzi. Gdyby nie Rob, na pewno czekałabym na trzeci telefon, który być może prędko by nie nadszedł – to Rob kazał mi zrobić coś, co stało w sprzeczności z moim normalnym postępowaniem, mianowicie oddzwonić.

Oddzwoniłam. I tak się zaczęło.

Ponad 3 lata później, wciąż nie wierzę, że przytrafiła mi się ta największa jak dotąd przygoda, a wszystko dzięki temu, że wtedy oddzwoniłam.

Te 3 lata nauczyły mnie wiele, choć bardziej niż „nauczyły” chciałoby się powiedzieć: pokazały; na wiele rzeczy uwrażliwiły i otworzyły mi oczy. Tak po prostu, mimowolnie. Nauka zakłada chyba jednak jakąś chęć, wolę, swego rodzaju staranie – tymczasem dubajska przygoda to raczej stan otwartości umysłu. Może przerodzić się to w stan jego zamknięcia, w zależności od charakteru i poglądów, bo temu też życie w Dubaju i moja praca sprzyjają.

3 lata w Dubaju sprawiły, że innego znaczenia nabrał dla mnie czas. Nikomu nie trzeba tłumaczyć, że praca stewardessy to długie, nieraz 12-, 16-godzinne loty na drugi koniec świata. Tyle wiedziałam sama, nie zdawałam sobie jednak sprawy, z czym będzie to się wiązać. Lot z Dubaju do Houston czy Auckland trwa niemal 16 godzin, doliczyć do tego trzeba czas przed lotem, bo dla nas praca zaczyna się 2 godziny wcześniej – a przecież trzeba też odpowiednio wcześniej wstać, wymalować się, ubrać i spakować, zjeść śniadanie – co dla mnie jest zawsze najważniejszym punktem przygotowań. Nieważne, czy muszę stawić się o 8 rano czy o 2 w nocy – dobrze wiem, że zanim zjem coś konkretnego minie dużo czasu, wolę więc nastawić budzik 20 minut wcześniej, by w spokoju zjeść owsiankę czy jajecznicę. Po wylądowaniu musimy jeszcze dopełnić kilku pokładowych obowiązków, przejść przez kontrolę paszportową, dojechać do hotelu – taka podróż to czasem kolejna godzina…zanim znajdziemy się w hotelowym pokoju mija sporo czasu. A wtedy – cóż, gdy w miejscu, do którego dotarliśmy, jest środek dnia, mimo że dubajski zegarek i rytm ciała wskazują na środek nocy, czasem jedynym wyjściem jest…wyjście na miasto. Przecież szkoda dnia! Wyspać się można zawsze we własnym łóżku, po powrocie do Dubaju. Przecież sen jest dla słabych, a my nie po to wykonujemy te prace i lecimy na drugi koniec świata, żeby przespać dzień.

I tak czas się zapętla. To tylko jeden z przykładów opisu zwykłego dnia pracy, ale często, oprócz tych lotów, które zabierają nas w dalekie krainy, mamy też krótkie, trwające średnio mniej niż 4 godziny w jedną stronę loty tam i z powrotem, tzw. turnaroundy. Iran, Indie, Arabia Saudyjska czy Etiopia są zbyt blisko, byśmy zostawiali tam na noc (z małymi wyjątkami). Taki dzień również może trwać w nieskończoność – gdy pierwszy lot odchodzi z Dubaju o 3 nad ranem, w pracy musimy się stawić o 1, a wracamy do domu o 13 – czasem 12-godzinny Nowy Jork jest przy takim turnaroundzie jak bułka z masłem. Czas się zapętla, przyspiesza i zwalnia, budzimy się w niedzielę, chodzimy spać we wtorek, nagle jest środa, ale wracamy do domu i czas się cofa do wtorku. Mój zegarek zawsze pokazuje godzinę, która jest w Dubaju, ważne przecież, by mieć coś stałego. Bywa, że 3-godzinny lot ciągnie się w nieskończoność, a ten, który trwa godzin 12 przemyka w okamgnieniu. Miesiące mijają w takim tempie, jak tygodnie, tydzień to czasami jeden długi lot. Czas nabrał dla mnie zupełnie innego wymiaru.

Pory roku? Blef. Skutecznie można unikać zimy i złej pogody, wystarczy tylko dobrze zaplanować roster. Upalne lato w Dubaju? Owszem, jeśli spędza się tu wystarczająco dużo czasu, by je poczuć, a przecież można wziąć urlop i wyjechać. Z utęsknieniem wyczekujemy arabskiej zimy, a to przecież nic innego, jak znane z polskich klimatów…lato.  Przy odrobinie wysiłku śnieg i mróz, a także deszcz i burze stają się powodem do odwiedzenia danego miejsca – grudniowa Moskwa, Azja w trakcie monsunu, huragan w Hong Kongu…Zjawisk pogodowych znanych mi wcześniej wyłącznie z telewizyjnych wiadomości doświadczam teraz na własnej skórze.

Nauczyłam się, że ludzie podróżują z wielu rozmaitych powodów. Że mieszkają w Dubaju i wykonują tę samą pracę, co ja, nie tylko po to, by podróżować. Każdy tutaj ma swoją historię, niepowtarzalną i odróżniającą go od innych.

Praca i podróże pokazały mi miejsca najbogatsze i najbiedniejsze. Wbrew pozorom, nie wszyscy, którzy podróżują luksusowymi wydawałoby się liniami, należą do zasobnych – oprócz lotów do bogatszych miast świata mamy w swojej siatce połączenia do tych raczej biednych. Pasażerowie lotów do Pakistanu, Indii, Bangladeszu i nie tylko to prości robotnicy, którzy w Dubaju ciężko pracują i nierzadko tylko raz do roku mają szansę krótkiego odwiedzenia rodziny. Na ich widok nasze pracownicze narzekania i pojękiwania ustają, bo nikt nie wyobraża sobie, by mógł być na ich miejscu.

Tymczasem my nawet w najuboższych krajach nocujemy w najlepszych hotelach, dostajemy diety na wyżywienie i zniżki na hotelowe usługi. W Dubaju na rachunki nie wydajemy wiele, bo wszystko to opłaca nasz pracodawca. Wydawałoby się, że oszczędzanie przychodzi łatwo? – cóż… różnego rodzaju zniżki kuszą, żeby raczej wydawać, niż oszczędzać. Łatwo wpaść w błędne koło spłacania karty kredytowej z poprzedniego miesiąca nowo otrzymaną pensją i w efekcie powtarzanego z miesiąca na miesiąc zdania : „jeszcze jeden miesiąc, jeszcze jeden kontrakt…”

Łatwe życie w dobrobycie uzależnia, przyznaję z pełnym przekonaniem. Rozmowy z przyjaciółmi, wykonującymi inne, „przyziemne” prace uświadamiają mi lekki absurd i oderwanie od rzeczywistości świata, w którym na co dzień przebywam. Problemy „normalnych” ludzi w naszej społeczności nieomal nie istnieją, ekscytujemy się tu zgoła innymi rzeczami („znowu zmienili serwis”, „A. podkablował B. do przełożonych”, „zamiast obiecanych 3 lotów dziennie do C. znowu są tylko 2”, „wyobraź sobie że w D. znowu zmienili nam hotel!” itd.).

Skutki, jakie latanie ma na nasze ciało, to temat na osobny artykuł. Nie bez kozery to jedna z głównych przyczyn, dla których crew rezygnują z pracy w przestworzach. Zmiany ciśnienia, ciągłe przebywanie w klimatyzowanej, zamkniętej przestrzeni, bycie wystawionym na zarazki i bakterie z całego świata, do tego brak snu i rozregulowany tryb życia – o tych i wielu innych sprawach i ich konsekwencjach staramy się nie myśleć. Na szczęście, mój organizm radzi sobie z nimi stosunkowo dobrze, rzadko choruję i moja odporność odkąd zaczęłam latać wcale gwałtownie nie spadła – najdłużej z latania wykluczył mnie przykry wypadek w Hong Kongu, ale to inna historia… 😀 Crew zażywają wiele specyfików – łykają witaminy, oleje, piją cudowne mieszanki, co jakiś czas dosypują nowych magicznych proszków do wody, którą piją na pokładzie. Każdy radzi sobie, jak umie – szybko uczysz się czytać swój organizm, i że nie wszystkie recepty dobre dla jednej osoby, będą się sprawdzać dla Ciebie. Najprostsza rada, jaką ja mogę dać, to prowadzić zdrowy tryb życia: pić dużo wody, zarówno na locie, jak i na co dzień, zdrowo się odżywiać – ja staram się gotować własne jedzenie zawsze, gdy mam dni wolne; jedzenie pokładowe może być czasem zgubne, a zwłaszcza łatwy dostęp, jaki się do niego ma 😉 , ponadto na layoverach też „jem na mieście” więc lubię wiedzieć, co jem, tak często, jak tylko mam na to wpływ. Aktywność fizyczna to także konieczność, brak rutyny skłania do porzucenia ćwiczeń czy zajęć na siłowni, które kiedyś wykonywaliśmy regularnie, warto jednak się mobilizować i pamiętać, że wpływa to korzystnie na naszą kondycję i zdrowie (zawsze, nie tylko w pracy stewardessy!).

Latanie to najwspanialsza przygoda, jaka mi się dotychczas przytrafiła. Jeden telefon, który kiedyś wykonałam, odmienił moje życie o 180 stopni. Chciałabym zakończyć tego posta z prostym przesłaniem:  warto marzyć i warto w swoje marzenia wierzyć, mówić o nich głośno i się ich nie wstydzić. Czasami wokół nas dzieje się magia i kto wie, która wróżka naszych zwierzeń wysłucha 😉

 

Odwiedziny Koraliny

Ahoj!
Tyle czasu upłynęło, tyle wody przepłynęło od moich ostatnich wpisów że aż mi trochę wstyd. A tymczasem nie dość że odwiedziło mnie w Dubaju kilku gości, to jeszcze sama zdążyłam pojechać w gości w kilka odległych od siebie miejsc. Ale nadrabianie zaległości zacznę od obiecanego skrótu z wizyty mojej siostry Koraliny.

W Dubaju powoli nastaje lato, ale Karolina zakosztowała jeszcze naszej dubajskiej ‚zimy’, która wygląda jak lato w każdym innym europejskim kraju. Może nie upalne, parne czy duszne, ale lato, które zachęca do spędzania czasu na zewnątrz i nie wymaga przebywania wyłącznie w klimatyzowanych pomieszczeniach. Fajnie było odebrać w końcu kogoś z lotniska i pokazać mu ten Dubaj, który od jakiegoś czasu jest też moim. Karola spędziła u mnie 10 dni.

Wizyta gości w mieście, które nazywamy ‚swoim’, zawsze daje okazję do nabrania innej perspektywy, zachowania się trochę jako obcy i patrzenia na miejsca dobrze nam znane jakbyśmy widzieli je po raz pierwszy. Trzeba ich przecież pooprowadzać, pokazać to, co sami uważamy za najbardziej warte ujrzenia, ba, może czasem najpierw przewartościować swoje myślenie i stworzyć hierarchię wszystkich tych miejsc, żeby później wiedzieć, na jaką trasę się decydować. Robiłam to kilka razy wcześniej w Krakowie, ale Dubaj z oczywistych względów stanowił trochę wyzwanie. Pytajcie Koraliny czy udało mi się mu sprostać 😉

Zaczęłyśmy od starego Dubaju, który naprawdę istnieje! I choć może nie jest tak ‚stary’ i zabytkowy jak centrum Krakowa, to wciąż jest odnośnikiem do historii rozwoju miasta, którego mieszkańcy kiedyś wyławiali perły, zajmowali się handlem i żyli w pustynnych oazach. Przepłynęłyśmy abrą na drugą stronę zatoki, i poszłyśmy na kawę do mojego ulubionego Creekside. Później połaziłyśmy po okolicy, zachodząc do muzeum czy spacerując po tradycyjnych siukach, dziś funkcjonujących typowo dla turystów, gdzie handlarze wołają za każdą przechodzącą tamtędy kobietą „Shakira, Maria, Beyonce!”. Na obiad Pakistańczyk, na kolację – fontanny przy Dubai Mall i widok na nocny rozświetlony Dubaj.


Następnego dnia pojechałyśmy do Dubai Marina i na sąsiadującą z nią plażę JBR. Mimo zimy, żałowałyśmy, że nie mamy ze sobą bikini, bo śmiało można było się opalać. Wieczorem zabrałam Karolinę na piwo, co nie jest takim oczywistym wyjściem jak w dajmy na to Krakowie, kiedy czasem wystarczy zejść przed swój blok by znaleźć nienajgorszy bar albo dwa. Pojechałśmy do Irish Village, która w knajpy i bary (także irlandzkie o czym mówi sama nazwa) obfituje, i Karolinie mina zrzedła widząc ceny piwa, które kosztuje znacznie więcej niż na rynku w Krakowie.
Kolejnego dnia zabrałam Karolę do Dubai Mallu. Spędziłyśmy przyjemny dzień łażąc także po okolicy, ale wieczorem musiałam się już pakować bo zostawiałam Karolinę sam na sam z #mydubai i leciałam do zimowego jeszcze wtedy Nowego Jorku. Po moim powrocie musiałyśmy  pozwiedzać wszelakie dubajskie plaże, bo Karolina nie chciała wrócić do kraju blada 😛 Na jednej z bardziej popularnych plaży Dubaju, Kite Beach, odbywał się wtedy festiwal jedzenia, więc miałyśmy okazję skosztować takich „pyszności” jak burger z wielbłąda, co o dziwo smakowało o wiele lepiej niż wielbłądzie mleko, do którego wciąż odczuwam lekkie obrzydzenie. Wieczorem wybrałyśmy się oglądać „miasto świateł” z lotu ptaka, czyli na szczyt szczytów, na taras widokowy najwyższego budynku świata, Burj Khalify. Jako że były to Walentynki, Karola była trochę zawiedziona, że nikt nie wybrał tego dnia i tej pory na oświadczyny, co w zasadzie byłoby dobrym pomysłem 😉


W trakcie kolejnych dni ponownie odwiedziłyśmy stary Dubaj, byłyśmy w pochodzącej z końca XVIII w. dzielnicy zwanej Bastakiya, która obecnie znana jest jako centrum kulturowego zrozumienia i w której budynkach odbywają się różnego rodzaju spotkania angażujące kulturalne środowisko Dubaju i okolic. Wieczorem wyszykowane wybyłyśmy na kolację połączoną z sziszą, a ostatni dzień byczyłyśmy się na plaży. I znów powiedzeniu stało się zadość, wszystko co dobre istotnie szybko zmierza ku końcowi, i pora było Koralince wracać do zimnej Polski. Miło było ją tu gościć 🙂

Czas wolny w Dubaju

Planowanie wolnych dni w Dubaju to spore wyzwanie. W końcu nie musimy poświęcać ich na naukę czy odsypianie codziennego porannego wstawania, jednocześnie słowo „weekend” gwałtownie straciło swój sens. Bycie OFF może nadejść każdego dnia, czy to piątek, świątek czy niedziela, czy także zwykły dzień roboczy. Nie każdy jest stworzony do takiego trybu życia, ale nie każdy też potrafi odnaleźć się w przysłowiowej pracy od 9 do 17, o czym najlepiej świadczą przypadki ludzi powracających do grona cabin crew po krótkiej i nieudanej przygodzie z ustabilizowanym, zwyczajnym życiem. Ja cenię sobie elastyczność i swobodę, jaką daje ta praca. Mimo braku możliwości sztywnego planowania życia naprzód, to, co się zyskuje, to jednoczesne poczucie wolności, ucieczki od tych sztywnych ram, jakie narzuca czasem życie. Dubaj ma w sobie wiele do zaoferowania, można tu robić dosłownie to, co się chce. Jeść to, na co się ma ochotę, tańczyć do takiej muzyki, jaką się lubi, zwiedzać lub też nie, poświęcać się najróżniejszym pasjom. Jest tego tak wiele, że łatwiej zapada się tu też na chorobę współczesności, dramat podejmowania decyzji. Sprawdza się to szczególnie w naszym przypadku – gdy chcemy cokolwiek zaplanować, jest nam tak najzupełniej obojętne, gdzie pójdziemy, co będziemy jeść i w jakiej dzielnicy przebywać, byleby tylko robić to wspólnie, że każdorazowo mamy ogromny dylemat. Pomalutku jednak, dzielnie, zwiedzamy nasze nowe miasto 🙂

Plaż w Dubaju nie brakuje, klubów przy plaży też jest kilka. Jednym z najbardziej popularnych, który za dnia służy jako zwykłe miejsce do leżakowania, a w nocy zmienia się w bar i imprezownię, jest Barasti. Słowo „barasti” określało niegdyś okryty suszonymi, daktylowymi liśćmi tradycyjny szałas, teraz wszyscy kojarzą je wyłącznie z Barasti Beach Club.

DSC_3200 DSC_3201 DSC_3203

Ponieważ zima idzie, cykl imprez na plażach się zaczyna 😉 W październiku najwyraźniej Dubaj zacznie ożywać. Temperatura stopniowo spada, i choć wciąż powietrze w środku dnia bardziej przypomina parę buchającą z otwartego piekarnika, wszyscy mówią, że najgorsze mamy już za sobą. Wciąż jednak za dnia jest dość parno, Barasti odwiedziłyśmy więc popołudniem, łapiąc ostatnie tego dnia słońce.

Kolejną wycieczkę odbyłyśmy do najstarszej dzielnicy Dubaju. Właściwie zupełnie przypadkiem, naszym głównym celem była bowiem reklamowana dość mocno ostatnio knajpka Creekside, która mimo dość konserwatywnej lokalizacji, łączy tradycję z nowoczesnością. Tak przynajmniej się reklamuje, postanowiłyśmy więc to sprawdzić. Po wyjściu z metra, natrafiłyśmy na taki widok – po drugiej stronie rzeki znajduje się m.in. Dubai Heritage Village, czyli swego rodzaju dubajski skansen. Nie był nam on jednak tego dnia po drodze.

DSC_3209 DSC_3210 DSC_3211 DSC_3215 DSC_3216

Żeby dostać się do Creekside, musiałyśmy przeprawić się przez wodę. Jak? Tradycyjną łódką, abrą, która codziennie zabiera setki osób z jednego brzegu na drugi.

DSC_3217 DSC_3219 DSC_3220 DSC_3221 DSC_3223 DSC_3226 DSC_3229 DSC_3230 DSC_3233 DSC_3234  DSC_3237DSC_3238

Jeszcze tylko musiałyśmy minąć kilkunastu zwracających się do mnie per „Shakira” straganiarzy w okolicznych uliczkach (souks), gdzie kupić można było niemal wszystko, oczywiście – autentycznych Arabów była garstka, Hindusi, którzy głównie tam sprzedawali, to też w końcu prawie rodowici Emirati 😉 – i przedarłyśmy się do Creekside.

DSC_3239 DSC_3241 DSC_3242 DSC_3244 DSC_3245 DSC_3246

Creekside to faktycznie ciekawe połączenie – menu w pierwszej chwili wydaje się bardzo zachodnie, wystarczy jednak wczytać się odrobinę w składniki i sposób przyrządzenia i ukazuje się drugie oblicze dania, poprzez dodatek typowo arabskich/emirackich składników. Nawet wnętrze stylizowane jest na sposób łączący niejako kilka kultur – jasne, przestronne, proste pomieszczenie, przypominające popularne kawiarnie o industrialnym wystroju, z pozoru nic arabskiego. Ściany zdobią jednak zdjęcia starego Dubaju z początków XX wieku, a wystarczy usunąć stoliki, dodać kilka poduszek, wykorzystać ławkę, która zamontowana jest naokoło sali, i voila, mamy najprostszą wersję majlis, czyli pokoju spotkań, który jest najważniejszą częścią tradycyjnego lokalnego domu.

DSC_3247

Po pysznej mrożonej kawie, odwiedziłyśmy jeszcze Dubai Museum. Mieści się ono w najstarszym budynku Dubaju, forcie Al Fahidi. Muzeum jest naprawdę interesujące, pokazuje dzieje miasta głównie od momentu, gdy zaczął się jego intensywny rozwój, nie pomijając jednak jego zamierzchłej przeszłości.

DSC_3252 DSC_3253 DSC_3254 DSC_3258 DSC_3259 DSC_3260 DSC_3261 DSC_3262 DSC_3264 DSC_3255

Rzecz jasna, zmęczone chodzeniem, dzień zakończyłyśmy godnie, w lokalnej sieciowej restauracji, jedząc bardzo na zapas 😉

DSC_3268

Nujoum, czyli Gwiazda!

Zaproszenie na Nujoum
Zaproszenie na Nujoum

Czas leci jak szalony. Dopiero co zakładałam po raz pierwszy czerwoną koszulkę, dopiero co zakuwałam na egzaminy i stresowałam się praktycznymi zaliczeniami, a tymczasem kilka dni temu zamieniłam T-shirt, po którym każdy z łatwością rozpoznaje Ab Initio (czyli osobę, która jest na szkoleniu, czerwona koszulka oznacza, że jest się w początkowej jego fazie), na właściwy mundurek. Wciąż nie mogę w to uwierzyć! Jutro zaczynam ostatnią część szkolenia, czyli serwis. Jutro też z niecierpliwością sprawdzać będę nasz wewnętrzny portal w oczekiwaniu na swój pierwszy grafik! Sukcesywnie gromadzę wszelkie dokumenty, bez których latanie nie byłoby możliwe, i wciąż się zadziwiam, jak dzisiaj, gdy uderzyło mnie, że lepiej żebym wszystkie odebrała na czas, bo za 2 tygodnie będę już w powietrzu!

Tydzień zaczęliśmy od Nujoum, czyli jedynej części szkolenia, o której w zasadzie nie wiedziałam nic. I słusznie, gdyż jako jedyny dzień, ma on być totalnym zaskoczeniem, i jest, lepiej lub gorzej, ale wciąż strzeżonym sekretem Emirates. Aby utrzymać tę tajemnicę, powiem tylko, że traktowali nas jak książęta i księżniczki i karmili lepiej niż w niejednej restauracji 🙂

Nujoum, czyli Gwiazda!

Zaproszenie na Nujoum

Zaproszenie na Nujoum

DSC_3081

Jak widać na zdjęciu, nie obowiązywały nas żadne wytyczne co do stroju, z różnych względów miał on być po prostu wygodny – miła odmiana, zwłaszcza że już następnego dnia po raz pierwszy wystąpiliśmy w naszych nowych – właściwych – mundurkach. Wspomnę tylko, że od teraz będą one na stałe częścią naszego życia w Dubaju (i nie tylko tam ;)).

IMG-20140818-WA0001 IMG-20140818-WA0003 IMG-20140818-WA0004 IMG-20140818-WA0005 IMG-20140818-WA0006 IMG-20140818-WA0007 IMG-20140818-WA0008 DSC_3071 DSC_3073

Zaczyna się robić poważnie 😉

Wczoraj, w ramach nauki na dzisiejszy egzamin z security, poszłyśmy z dziewczynami na plażę. Chociaż ‚poszłyśmy’ to za dużo powiedziane, jako że jechałyśmy taksówką – nie da się tutaj doprawdy poruszać inaczej. Poważnie zastanawiam się nad kupieniem samochodu, jak już będę piękna i bogata; musi to być olbrzymi komfort, szczególnie że Dubaj nie jest przyjazny pieszym wędrówkom, czym jestem głęboko rozczarowana. Poczekam aż pogoda się nieco odmieni, może wtedy moje spacery przybiorą na sile; gdyby zima była już teraz, nasza podróż powrotna z plaży przebiegłaby o wiele sprawniej, a tymczasem błąkałyśmy się po obcej nam okolicy, zachęcane do tego pokrzykiwaniami odzianych w arabskie szaty lokalnych chłopaków, którzy koniecznie chcieli nam to wyperswadować z głowy, jednocześnie proponując podwózkę do domu. Szczęśliwie, w końcu złapałyśmy taksówkę 😉

Plaża za to – całkiem ładna. Byłaby jeszcze piękniejsza, gdyby nie czarnoskórzy ‚nurkowie’ wynurzający się z wody ni stąd, ni zowąd, tuż przed naszym legowiskiem…

DSC_3075 DSC_3077 DSC_3079

W zasadzie to tyle z pustynnych nowinek. Jestem taka podekscytowana zbliżającym się grafikiem, trzymam kciuki chyba najbardziej za Paryż i Amsterdam jako moje suppy flights. Niebawem się okaże!

Pozdrowienia z pustyni, u nas już prawie weekend! 🙂

Dubaj, czyli OK No problem!

OK No problem – to chyba słowa, które najczęściej słyszę w Dubaju. Ponieważ taksówkarze, sklepikarze, dostarczyciele wody itd w większości są Pakistańczykami i Hindusami, a część z nich mówi bardzo słabo po angielsku, ich podstawowy słownik nieraz ogranicza się właśnie do frazy „OK No problem”, która w ich mniemaniu załatwia wszystko. Niekoniecznie w naszym, zwłaszcza kiedy próbujemy dogadać się z nimi przez telefon czy ustalić jakieś istotne szczegóły, np. trasę do domu czy to, co zamawiamy ze sklepu. Warto jednak wiedzieć, że o cokolwiek się ich nie poprosi, zawsze będzie to „OK No problem!”.

Jestem już w połowie szkolenia! Zostały mi tylko 3 tygodnie do jego ukończenia, za nieco ponad tydzień będę znać swój grafik i wiedzieć, gdzie będą moje dwa suppy flights. Suppy flights to dwa pierwsze loty, które nie są jeszcze operacyjnymi – czyli takie próbne, jeden będzie w Boeingu777, drugi w Airbusie380, po to, by poznać samolot i zobaczyć, jak tak naprawdę wygląda praca, zanim się ją na dobre zacznie. Szkolenie idzie naprzód, w czwartek po raz ostatni miałam na sobie dotychczasowy mundurek – czyli czerwony emiratowski T-shirt. W poniedziałek po raz pierwszy pójdę na zajęcia w tym uniformie, w którym będę już od teraz „na co dzień”. Muszę przyznać, że nie sądziłam, że będę z tego powodu aż tak się cieszyć. Jeszcze kilka lat temu, całe szkolenie odbywało się w pełnym umundurowaniu; teraz, kiedy pierwsza jego część jest w czerwonej koszulce, zmieniając ją na elegancki kostiumik (jego rozmiar na razie pominę, ponoć wyglądam jak w ciuchach z berlińskiego szmateksu!), człowiek czuje, że zaliczywszy wszystkie egzaminy, będąc dzielnym ostatnie tygodnie ciężkiego szkolenia, w pełni zasłużył na noszenie mundurka. Nie wiedziałam, że czynnik psychologiczny będzie mieć takie duże znaczenie, i że padnę jego ofiarą.

Ostatni dzien w czerwonym mundurku!

Ostatni dzien w czerwonym mundurku!

Ostatni dzien w czerwonym mundurku!

Jeszcze kilka słów o ostatnim tygodniu. GMT, czyli Group Medical Training, oznacza nic innego jak szkolenie z podstaw pierwszej pomocy. Ponieważ na czas SEP moją docelową grupę podzielono i poprzydzielano do 4 innych, ten tydzień był w zasadzie pierwszym, który spędziliśmy jako jeden batch razem. Ponadto, jako ostatnia grupa, brakło dla nas miejsca na porannej zmianie, zaczynaliśmy więc szkołę o 15.45, a kończyliśmy zajęcia o 23.30. Zdecydowanie było to ciekawe doświadczenie, zwłaszcza przez pierwsze dni, kiedy na wykładach mówiliśmy o oparzeniach, złamaniach, robiliśmy sztuczne oddychanie i masaż serca, ale także zapoznawaliśmy się z zawartością wszystkich apteczek dostępnych na pokładzie samolotu (a jest ich kilka, każda służy do czego innego), i w jednej z nich znajdował się zestaw, z którego korzysta się w razie śmierci na pokładzie, rzecz jasna uraczono nas krótkim filmikiem instruktażowym. Sam college o tej porze jest interesującym miejsce, widok z naszego tarasu jest zachwycający:

oświetlone nocą miasto

oświetlone nocą miasto

Dubaj nocą

Dubaj nocą

DSC_3017-EFFECTS

Później, GMT okazało się być całkiem przyjemne. Jestem jednak wciąż zwolenniczką SEP, czekam z niecierpliwością na pozostałe moduły szkolenia.

Kosmopolityzm Dubaju przejawia się nie tylko w jego wieloetnicznej populacji. Najłatwiej zobaczyć to można na talerzu, a wcześniej – na sklepowej półce. Jako że Dubaj=pustynia, większość „świeżych” produktów, jakie można tu kupić, to sprowadzane czasem z najdalszych zakątków świata owoce i warzywa, o paczkowanych makaronach, kawach, słodyczach etc. nie wspominając. Na śniadanie jem więc mango z Pakistanu, papaję z Omanu, banany z Filipin z owsianką ze Stanów; obiad to brokuły z Australii, pomidory z Holandii, lokalna zielona papryka (tania! i jaka smaczna), ryż z Indii, mięso z Egiptu – i tak mogłabym wymieniać i wymieniać. Czekam na polskie jabłka, idealnie wpasowałyby się w to międzynarodowe towarzystwo. Nie tylko produkty spożywcze pochodzą z obcych krain, czasem uważny obserwator dostrzeże ciekawostkę także w innych działach. Mniej uważny dostrzeże ją po powrocie do domu, jak mi przydarzyło się ostatnio kilka razy – na dowód zdjęcia poniżej, polski język zdobywa coraz szerszy światowy zasięg 😉

DSC_3026

DSC_3027

Wczoraj pojechaliśmy na pustynne safari. Za bardzo korzystną cenę można poskakać po piaskowych wydmach, oczywiście, w bezpiecznym zamknięciu przystosowanego do tego jeepa, zobaczyć pokaz arabskich tańców, przejechać się na wielbłądzie, spróbować zjechać na desce z wydmy i najeść się pysznego arabskiego jedzenia. Mimo że upał wciąż panuje, popołudniowo-wieczorna opcja jest całkiem znośna. I choć całe to doświadczenie jest od samego początku przepełnione komercyjno-turystycznym duchem, i to bardzo – ciężko żeby było inaczej, jeśli za zasób turystyczny ma się pustynię, która otacza miasto, zbudowane w jej centrum niemal od podstaw na przestrzeni kilkunastu lat – generalnie wrażenia mam pozytywne, choć autentyczność tego doświadczenia podaję nieco w wątpliwość.

DSC_3031

DSC_3033

DSC_3037

DSC_3040

DSC_3044

DSC_3045

DSC_3049

DSC_3051

DSC_3052

DSC_3054

DSC_3055

DSC_3056

DSC_3057

DSC_3058

DSC_3060

DSC_3065

DSC_3068

Życzę wszystkim miłego weekendu, u nas już on się prawie kończy 🙂

Dubai City of Light

SEP zakonczone! Czas jaki poswiecalam na nauke moge teraz choc troche przeznaczyc na pisanie.

Jedna czesc szkolenia juz za mna. Nie będzie więcej gaszenia pożarów, turbulencji i aż tyle nauki-nauki-nauki. Muszę przyznać, że ostatnie niemal 3 tygodnie były bardzo intensywne, wiadomo – da się przeżyć, ale było tego całkiem sporo. Najlepsze linie na świecie, to i szkolenie musi być – i jest! – na najlepszym poziomie. Polityka firmy jest jednak taka, że szkolenie z bezpieczeństwa i sytuacji awaryjnych ważne jest tylko rok, każdy pracownik bez względu na stopień (czy lata w klasie ekonomicznej, biznes, a może już pierwszej, nawet purserzy czyli ‚managerowie’ załogi w trakcie każego lotu są tym objęci) muszą powtarzać kurs raz na rok, aby odnowić swoją licencję. SEP zakończyliśmy z impetem, urzązając poszukiwania w ciemnym i zadymionym samolocie (my byliśmy w specjalnych maskach), zjeżdżaliśmy po ewakuacyjnej zjeżdżalni z samolotu i skakaliśmy w kamizelkach do wody. Na zdjęciu jesteśmy tuż przed wodowaniem 🙂

koniec SEP!

koniec SEP!

Świętowaliśmy skończony kurs czwartkową imprezą. Zaczynam powoli lubić Dubaj, zdecydowanie lepiej się w nim czuję po 4 tygodniach pobytu, nawet jeśli większość czasu spędzałam do tej pory w collegu albo w domu, przy nauce. Powód? Banalny, poznałam już sekret imprezowania za darmo. Po 1, musisz być dziewczyną, po 2 – wziąć swoje koleżanki i w dużej grupie uderzyć do klubu, po 3 – czekać, aż kelner postawi na waszym stoliku ogromną butelkę ekskluzywnej wódki. Ewentualnie, po 4, możesz oczekiwać rozmowy z managerem sali który być może wręczy ci wizytówkę, mówiąc że takie ładne dziewczyny chce widywać częściej i że koniecznie masz wrócić (niestety, to ostatnie jeszcze mi się nie przydarzyło, ale jest prawdziwą historią). Proste? 🙂 Przypomina to trochę moją poprzednią pracę, z tym że nikt nigdy nie dawał mi tak ogromnej wódki. Dodam tylko, że klub mieści się w pięknym hotelu, do którego wejścia strzegą pokaźne pozłacane ni to lwy, ni sfinksy, w obstawie mocno przypakowanych Panów Ochroniarzy, wkracza się po czerwonym dywanie i kieruje prosto do windy, sam klub jest bowiem na ostatnim piętrze, widok jest więc całkiem znośny 😉

W tle Pan Ochroniarz

W tle Pan Ochroniarz

Jaki widok!

Jaki widok!

Z dziewczynami

Z dziewczynami

Wczoraj, szykując się do wyjścia, wyjrzałam przez okno do mojego parku, w którym zwykle jest cicho i spokojnie – wczoraj rozgrywano tam mecz, który wizytować przyjechali lokalni szejkowie niższego (jak mniemam) stopnia, rozstawili dla nich czerwone krzesełka wzdłuż boiska ale brak było helikopterów monitorujących bezpieczeństwo, domyślam się więc, że ich pozycja i zasoby ropy nie są aż tak znaczne.

Proszę się dobrze wpatrzeć!

Proszę się dobrze wpatrzeć!

Gdy tu przyjeżdżałam, wszystko, co wyczytałam w Internecie i dowiedziałam się od ludzi, było bardzo napawające pozytywnymi myślami. Wysokie loty, wysokie zarobki, wysoki poziom życia – można by wymieniać i wymieniać. Tymczasem na miejscu, o dziwo!, głośniejsze i częściej słyszane są narzekania latającego już staffu. W zasadzie, nie powinno to dziwić, narzekanie leży chyba bardziej w ludzkiej naturze, aby chwalić, trzeba się postarać zobaczyć coś dobrego w danym miejscu czy sytuacji. Jestem pewna, że większość pracowników jest zadowolona, ale ci siedzą cicho, „robią swoje” i nie trąbią o tym na prawo i lewo, to frustracja tych po drugiej stronie daje o sobie znać. Tym bardziej cieszą takie momenty, jak wczoraj, gdy wracając do domu drzwi mojego busika (o systemie poruszania się w Dziubaju będzie kiedy indziej) otworzyły się tuż zanim ruszył, gdyż jedna ze stewardess po skończonym locie chciała się pożegnać z koleżanką, z którą go dzieliła, i przypomnieć o tym, by zostały w kontakcie, cmoknęła powietrze i sobie poszła. System naszej pracy wygląda w praktyce tak, że przy 19 000 stale latających członków załogi, właściwie nierealne jest, aby lecieć z kimś, kogo się zna, lub też spotkać się z kimś na pokładzie ponownie. Dlatego tak ważne jest, aby umieć szybko się zgrać i dogadać z kolegami pracującymi z nami w dany dzień, ale też aby wybrać tych, których będziemy chcieli spotkać w naszym dubajskim życiu ponownie. I dobrze widzieć na własne oczy, że tak się dzieje, dobrze słyszeć szczęśliwe głosy, choćby ciche i ukryte pod podniesionymi tonami tych co zawsze i wszędzie będą narzekać.

To teraz kilka zdjęć z wczorajszej wyprawy na kolację – miałyśmy jechać do Mariny, dotarłyśmy do Souk Madinat Jumeirah, stylizowanego na stary arabski targ centrum, gdzie można nie tylko kupić złote pantofle, tkane dywany, mieszkanie w nowo powstającej dzielnicy (co ciekawe, w zielonej okolicy, nie żebyśmy byli tu na pustyni..) ale też dobrze zjeść (o ‚dobrych’ cenach nie wspomnę…).

mieszkanie w parku na środku pustyni, czemu nie!

mieszkanie w parku na środku pustyni, czemu nie!

w tle Burj al Arab

w tle Burj al Arab

DSC_2986

DSC_2993

DSC_2996

DSC_3004

Piękne najedzone dziewczyny

Piękne najedzone dziewczyny

Dubai Airport

Dubai Airport

DSC_3006

DSC_3007

This is the Captain! Crew at stations!

Dzień dobry!

W Dubaju od wczoraj weekend. Właściwie to traktuję wczorajszy wieczór jako jedyny wolny od zajęć w całym tygodniu, z prostej przyczyny – sesja na moim nowym uniwersytecie przyszła szybko i jestem już po pierwszym egzaminie, w nadchodzącym tygodniu czekają mnie kolejne. Dni poświęcone na aklimatyzację i zapoznanie z miastem/firmą/pracą dobiegły szybko końca, od półtora tygodnia moje życie płynie w rytmie wyznaczanym przez Aviation College. Wstaję tuż po 5, o 6.30 wsiadamy w autobus, który zawozi nas do szkoły, szybka kawka i od 7.30 do 15.30 uczymy się jak gasić pożar, ewakuować ludzi w każdej sytuacji, co robić w trakcie turbulencji i jak w razie awarii przetrwać na pustyni czy biegunie północnym. Wszystko, o czym się uczymy w teorii, ćwiczymy też praktycznie na symulatorach. Nie spodziewałam się, że będzie to taka zabawa – jako jedne z niewielu, nasze symulatory poruszają się wzdłuż trzech osi, co daje naprawdę realistyczne odczucia. Startujemy, lądujemy, wpadamy w turbulencje, znad głów wypadają maski z tlenem, w kabinie pojawia się dym…Pożar też gasiliśmy jak najbardziej prawdziwy! Takie emocje 😉

normalny dzień w szkole

normalny dzień w szkole

przyliz godny mistrza

przyliz godny mistrza

Mosquito!

Mosquito!

DSC_2930

:)

🙂

W tle tych przeżyć jest jednak duża doza wiedzy i nauka. Po powrocie ze szkoły czas leci jak szalony, a trzeba w nim zmieścić obiad, zadanie domowe, naukę i odrobinę resetu mózgowego bo ciężko wytrzymać na tak wysokich obrotach cały dzień.

Skończył się ramadan, z tego względu miasto świętowało, my w szkole nie poczuliśmy tego ani trochę. Możemy już za to jeść publicznie, w collegu zainstalowali nam stoliki i krzesełka na tasie przy stołówce, z którego z racji 7.piętra rozciąga się całkiem zacny widok.

szkoła w samolocie

szkoła w samolocie


Całkiem miło pić tu kawkę!

Całkiem miło pić tu kawkę!

Dubaj kosmopolityczny? Jak najbardziej. Na potwierdzenie tego zdjęcie poniżej:

Hity, made in Poland

Hity, made in Poland

Znalezione w osiedlowym hinduskim sklepie na dole 😉 Można się momentami poczuć jak w domu. Szkoda tylko że niektórych polskich ‚napojów’ nie można tu tak samo łatwo dostać. Łatwo i tanio! – Wczoraj celebrując koniec ciężkiego tygodnia i nadejście weekendu, no, i może zdany na 100% pierwszy egzamin (dostałam nawet za to podbity złotą pieczątką certyfikat :D) wybraliśmy się na imprezę do centrum. Okazuje się, że moje mieszkanie – o ile blisko do szkoły i później do pracy, lotnisko widzę z okna – od centrum i jakichkolwiek imprez jest trochę daleko. Rozpieszczona przez Kraków, nie mogę się przyzwyczaić, że trzeba jechać najpierw pół godziny, żeby dostać się do baru, a później zapłacić niemal 50 złotych za piwo, które notabene jest w tej samej cenie co wódka z sokiem. Widoki za to przednie:

Od 'bramek' do klubu jechałyśmy meleksem

Od ‚bramek’ do klubu jechałyśmy meleksem


Dubai nocą

Dubai nocą

Burj al Arab

Burj al Arab

DSC_2944

DSC_2946

DSC_2949

W zasadzie to na dzisiaj tyle. Dużo się dzieje, ale nie mam za wiele czasu żeby to wszystko raportować 😉 Udanego weekendu!