Niezły Sajgon!

Gdy planuje się życie w obcym kraju, czasem warto wcześniej wybrać się tam na zwiady. Zastanawiając się nad tym, co będę robić, gdy przygoda z Dubajem dobiegnie końca, rozmyślam ostatnio o wyjeździe do Wietnamu. Z tego powodu wizyta w Sajgonie, czyli Ho Chi Minh City, cieszyła mnie podwójnie.

Mimo że nie jestem fanką zorganizowanych wycieczek na layoverach, czasami zdarza się, że nie są one najgorszą opcją. W miejscach, które mają do zaoferowania wiele, 24 h to często wyzwanie walki z czasem. Wydaje się, że Wietnam jest jednym z takich miejsc, w których zorganizowanie czasu jest wyjątkowo ważne, bo jasne jest, że nie da się zrobić wszystkiego – a często i nie sposób samemu wszystko zorganizować tak, jak zrobiłby to ktoś za nas.

Najpierw czekała nas długa droga. Po tym, jak już przedarliśmy się przez pełne motocykli skuterów i riksz miasto, a zaraz za jego granicami – przez podmokłe, rozciągające się wzdłuż autostrady pola ryżowe, na których gdzieniegdzie znajdowały się barwnie malowane miejsca rodzinnego pochówku, prawie byliśmy u celu. Czekał nas jeszcze postój w turystycznym zajeździe, który miał być ostatnią szansą na spotkanie z cywilizacją przed wjazdem do dżungli, a tymczasem był niczym więcej jak turystyczną pułapką w najgorszej postaci. Każda wycieczka, która zmierzała tam, gdzie my, zatrzymywała się w tym samym miejscu, zbudowanym dokładnie w jednym celu. Jeziorko z przepięknym mosteczkiem, na którym każdy robił sobie zdjęcie, sklep z pamiątkami – i to nie tylko z Wietnamu, były tam też wyroby Aborygenów z australijskiego buszu (podobno) czy magnesy z innych krajów azjatyckich; mini-sklepik spożywczy i stoisko ze świeżo wyciskanymi sokami. W zasadzie, po co jechać dalej, jak tu już wszystko jest? – My jednak ruszyliśmy.

Niedaleko stamtąd znajdował się port, gdzie weszliśmy na czekającą już na nas łódkę z umocowanymi na jej pokładzie, elegancko wyglądającymi krzesłami ogrodowymi. Łódką dopłynęliśmy do dżungli, a później dalej, wgłąb rzeki Mekong, bo to było głównym punktem planu tamtego dnia. Po drodze musieliśmy odbyć jeszcze wizyty w małej fabryce, właściwie – manufakturze wyrobów z kokosa, gdzie uwijano się z produkcją kokosowych mordoklejek, olejów i kosmetyków, byliśmy także na farmie, gdzie powstaje miód i jego pochodne, w owocowym ogrodzie, gdzie poczęstowano nas herbatą i pysznymi, świeżymi owockami, a także w miejscu, gdzie w klatkach trzymano różne zwierzątka, m.in. długie, grube węże. Rzecz jasna główną atrakcją było tam fotografowanie się w wężowych objęciach, co nie wydało mi się zbyt świetnym pomysłem. Później tego dnia, w miejscu, gdzie jedliśmy obiad, na uwięzi widziałam także inne zwierzęta – żaby, krokodyle a także mrówkojady. Nasz przewodnik bez ogródek powiedział nam, że żaby trzymane są tam na jedzenie, krokodyle – na skórę, a mrówkojady – cóż, chyba dla zaspokojenia czystej turystycznej „fantazji”.

Jasne, że w każdym z tych miejsc oczekiwano od nas, że coś kupimy, czy to miód, czy kokosowe smakołyki, czy choćby damy napiwek grajkom, którzy przygrywali nam i śpiewali do herbaty, smęcąc i zawodząc jakąś wietnamską operę.  Wszystko zorganizowane jest tak, aby turysta się nie nudził, zobaczył i doświadczył jak najwięcej, był szczęśliwy i najedzony.  Samemu ciężko byłoby chyba osiągnąć podobny efekt, napakować dzień tyloma wrażeniami. Mówię to z pewnym przekąsem, bo mimo mnóstwa zdjęć, radości i uciechy, które były też moim udziałem, pozostaje pytanie o autentyczność całego doświadczenia. Dla mnie najciekawszym momentem była przeprawa przez wąskie kanały Mekongu, mijanie łódek pełnych innych turystów, ale i też lokalnych ludzi, dla których podróż kolorowymi łodziami to część codzienności.

Po obiedzie, przejażdżce rowerami po pobliskiej wiosce, drzemce w hamaku i zrobieniu tysięcy zdjęć, czas było wracać do hotelu. Krótki spacer po mieście szybko uzmysłowił mi, że tutaj – podobnie trochę jak w Polsce – pieszy jest nieustannie w niebezpieczeństwie i nie traktuje się go poważnie. Tyle tylko, że w Polsce o miejsce na drodze trzeba walczyć z kierowcami samochodów – wciąż jeszcze, niestety, daleko nam do kultury zatrzymywania auta na niechby i pustej, lokalnej uliczce, po to żeby umożliwić komuś przejście po pasach – tak w Wietnamie głównym wrogiem są…skutery. Setki, tysiące maszyn, które mkną na czerwonym świetle, za nic sobie mając zielonego piechura mieniącego się na sygnalizatorze. Gdy tak stałyśmy z jedną dziewczyną z załogi na pasach, nie mogąc zebrać się na odwagę, by postawić pierwszy krok na jezdni, jeden z Wietnamczyków uświadomił nas, że na ulicę po prostu się wchodzi, żaden skuter nas nie przejedzie. Najwyraźniej na kursie jazdy uczą ich jak skutecznie omijać pieszych.

Wietnam to miejsce, gdzie w kawiarniach zamiast krzeseł królują hamaki, gdzie krzesła – gdy już są – wyglądają jak dziecięce stołeczki. Gdzie narodową potrawą jest bagietka, a w plecionych, „pocztówkowych” kapeluszach chodzi każdy. Kraina ryżu, skuterów i pysznej, wietnamskiej kawy. Chyba nie zdziwi nikogo, gdy napiszę, że planuję tam wrócić 😉

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s