Czas zapętlony, czyli 3 lata w Dubaju

Doskonale pamiętam ten moment, gdy dostałam  pracę w Emirates. Ponieważ spodziewałam się już telefonu z Dubaju, trzymałam aparat w trybie głośnym, mimo że normalnie jest on wyciszony. Sprawdzałam kilkukrotnie tego poranka, czy aby na pewno dźwięki działają głośniej niż zwykle, bo ówczesny telefon lubił płatać mi figle. Uff, wszystko działa jak należy, za każdym razem z ulgą oddychałam. Poszliśmy z Robem na spacer na krakowskie Planty i na moment zapomniałam o tym, by nieustannie mieć smartfona w dłoni. Jak to w życiu bywa, moment nieuwagi wystarczył. Gdy w pewnym momencie wygrzebałam go z dna torebki, zorientowałam się, że przegapiłam nie jeden, a dwa telefony z dubajskim prefiksem, co spełniło mój najgorszy ówczesny koszmar – to niemal tak, jak nastawia się pięć budzików, by rano zdążyć na ważny autobus i żaden z nich nie dzwoni lub nas nie budzi. Gdyby nie Rob, na pewno czekałabym na trzeci telefon, który być może prędko by nie nadszedł – to Rob kazał mi zrobić coś, co stało w sprzeczności z moim normalnym postępowaniem, mianowicie oddzwonić.

Oddzwoniłam. I tak się zaczęło.

Ponad 3 lata później, wciąż nie wierzę, że przytrafiła mi się ta największa jak dotąd przygoda, a wszystko dzięki temu, że wtedy oddzwoniłam.

Te 3 lata nauczyły mnie wiele, choć bardziej niż „nauczyły” chciałoby się powiedzieć: pokazały; na wiele rzeczy uwrażliwiły i otworzyły mi oczy. Tak po prostu, mimowolnie. Nauka zakłada chyba jednak jakąś chęć, wolę, swego rodzaju staranie – tymczasem dubajska przygoda to raczej stan otwartości umysłu. Może przerodzić się to w stan jego zamknięcia, w zależności od charakteru i poglądów, bo temu też życie w Dubaju i moja praca sprzyjają.

3 lata w Dubaju sprawiły, że innego znaczenia nabrał dla mnie czas. Nikomu nie trzeba tłumaczyć, że praca stewardessy to długie, nieraz 12-, 16-godzinne loty na drugi koniec świata. Tyle wiedziałam sama, nie zdawałam sobie jednak sprawy, z czym będzie to się wiązać. Lot z Dubaju do Houston czy Auckland trwa niemal 16 godzin, doliczyć do tego trzeba czas przed lotem, bo dla nas praca zaczyna się 2 godziny wcześniej – a przecież trzeba też odpowiednio wcześniej wstać, wymalować się, ubrać i spakować, zjeść śniadanie – co dla mnie jest zawsze najważniejszym punktem przygotowań. Nieważne, czy muszę stawić się o 8 rano czy o 2 w nocy – dobrze wiem, że zanim zjem coś konkretnego minie dużo czasu, wolę więc nastawić budzik 20 minut wcześniej, by w spokoju zjeść owsiankę czy jajecznicę. Po wylądowaniu musimy jeszcze dopełnić kilku pokładowych obowiązków, przejść przez kontrolę paszportową, dojechać do hotelu – taka podróż to czasem kolejna godzina…zanim znajdziemy się w hotelowym pokoju mija sporo czasu. A wtedy – cóż, gdy w miejscu, do którego dotarliśmy, jest środek dnia, mimo że dubajski zegarek i rytm ciała wskazują na środek nocy, czasem jedynym wyjściem jest…wyjście na miasto. Przecież szkoda dnia! Wyspać się można zawsze we własnym łóżku, po powrocie do Dubaju. Przecież sen jest dla słabych, a my nie po to wykonujemy te prace i lecimy na drugi koniec świata, żeby przespać dzień.

I tak czas się zapętla. To tylko jeden z przykładów opisu zwykłego dnia pracy, ale często, oprócz tych lotów, które zabierają nas w dalekie krainy, mamy też krótkie, trwające średnio mniej niż 4 godziny w jedną stronę loty tam i z powrotem, tzw. turnaroundy. Iran, Indie, Arabia Saudyjska czy Etiopia są zbyt blisko, byśmy zostawiali tam na noc (z małymi wyjątkami). Taki dzień również może trwać w nieskończoność – gdy pierwszy lot odchodzi z Dubaju o 3 nad ranem, w pracy musimy się stawić o 1, a wracamy do domu o 13 – czasem 12-godzinny Nowy Jork jest przy takim turnaroundzie jak bułka z masłem. Czas się zapętla, przyspiesza i zwalnia, budzimy się w niedzielę, chodzimy spać we wtorek, nagle jest środa, ale wracamy do domu i czas się cofa do wtorku. Mój zegarek zawsze pokazuje godzinę, która jest w Dubaju, ważne przecież, by mieć coś stałego. Bywa, że 3-godzinny lot ciągnie się w nieskończoność, a ten, który trwa godzin 12 przemyka w okamgnieniu. Miesiące mijają w takim tempie, jak tygodnie, tydzień to czasami jeden długi lot. Czas nabrał dla mnie zupełnie innego wymiaru.

Pory roku? Blef. Skutecznie można unikać zimy i złej pogody, wystarczy tylko dobrze zaplanować roster. Upalne lato w Dubaju? Owszem, jeśli spędza się tu wystarczająco dużo czasu, by je poczuć, a przecież można wziąć urlop i wyjechać. Z utęsknieniem wyczekujemy arabskiej zimy, a to przecież nic innego, jak znane z polskich klimatów…lato.  Przy odrobinie wysiłku śnieg i mróz, a także deszcz i burze stają się powodem do odwiedzenia danego miejsca – grudniowa Moskwa, Azja w trakcie monsunu, huragan w Hong Kongu…Zjawisk pogodowych znanych mi wcześniej wyłącznie z telewizyjnych wiadomości doświadczam teraz na własnej skórze.

Nauczyłam się, że ludzie podróżują z wielu rozmaitych powodów. Że mieszkają w Dubaju i wykonują tę samą pracę, co ja, nie tylko po to, by podróżować. Każdy tutaj ma swoją historię, niepowtarzalną i odróżniającą go od innych.

Praca i podróże pokazały mi miejsca najbogatsze i najbiedniejsze. Wbrew pozorom, nie wszyscy, którzy podróżują luksusowymi wydawałoby się liniami, należą do zasobnych – oprócz lotów do bogatszych miast świata mamy w swojej siatce połączenia do tych raczej biednych. Pasażerowie lotów do Pakistanu, Indii, Bangladeszu i nie tylko to prości robotnicy, którzy w Dubaju ciężko pracują i nierzadko tylko raz do roku mają szansę krótkiego odwiedzenia rodziny. Na ich widok nasze pracownicze narzekania i pojękiwania ustają, bo nikt nie wyobraża sobie, by mógł być na ich miejscu.

Tymczasem my nawet w najuboższych krajach nocujemy w najlepszych hotelach, dostajemy diety na wyżywienie i zniżki na hotelowe usługi. W Dubaju na rachunki nie wydajemy wiele, bo wszystko to opłaca nasz pracodawca. Wydawałoby się, że oszczędzanie przychodzi łatwo? – cóż… różnego rodzaju zniżki kuszą, żeby raczej wydawać, niż oszczędzać. Łatwo wpaść w błędne koło spłacania karty kredytowej z poprzedniego miesiąca nowo otrzymaną pensją i w efekcie powtarzanego z miesiąca na miesiąc zdania : „jeszcze jeden miesiąc, jeszcze jeden kontrakt…”

Łatwe życie w dobrobycie uzależnia, przyznaję z pełnym przekonaniem. Rozmowy z przyjaciółmi, wykonującymi inne, „przyziemne” prace uświadamiają mi lekki absurd i oderwanie od rzeczywistości świata, w którym na co dzień przebywam. Problemy „normalnych” ludzi w naszej społeczności nieomal nie istnieją, ekscytujemy się tu zgoła innymi rzeczami („znowu zmienili serwis”, „A. podkablował B. do przełożonych”, „zamiast obiecanych 3 lotów dziennie do C. znowu są tylko 2”, „wyobraź sobie że w D. znowu zmienili nam hotel!” itd.).

Skutki, jakie latanie ma na nasze ciało, to temat na osobny artykuł. Nie bez kozery to jedna z głównych przyczyn, dla których crew rezygnują z pracy w przestworzach. Zmiany ciśnienia, ciągłe przebywanie w klimatyzowanej, zamkniętej przestrzeni, bycie wystawionym na zarazki i bakterie z całego świata, do tego brak snu i rozregulowany tryb życia – o tych i wielu innych sprawach i ich konsekwencjach staramy się nie myśleć. Na szczęście, mój organizm radzi sobie z nimi stosunkowo dobrze, rzadko choruję i moja odporność odkąd zaczęłam latać wcale gwałtownie nie spadła – najdłużej z latania wykluczył mnie przykry wypadek w Hong Kongu, ale to inna historia… 😀 Crew zażywają wiele specyfików – łykają witaminy, oleje, piją cudowne mieszanki, co jakiś czas dosypują nowych magicznych proszków do wody, którą piją na pokładzie. Każdy radzi sobie, jak umie – szybko uczysz się czytać swój organizm, i że nie wszystkie recepty dobre dla jednej osoby, będą się sprawdzać dla Ciebie. Najprostsza rada, jaką ja mogę dać, to prowadzić zdrowy tryb życia: pić dużo wody, zarówno na locie, jak i na co dzień, zdrowo się odżywiać – ja staram się gotować własne jedzenie zawsze, gdy mam dni wolne; jedzenie pokładowe może być czasem zgubne, a zwłaszcza łatwy dostęp, jaki się do niego ma 😉 , ponadto na layoverach też „jem na mieście” więc lubię wiedzieć, co jem, tak często, jak tylko mam na to wpływ. Aktywność fizyczna to także konieczność, brak rutyny skłania do porzucenia ćwiczeń czy zajęć na siłowni, które kiedyś wykonywaliśmy regularnie, warto jednak się mobilizować i pamiętać, że wpływa to korzystnie na naszą kondycję i zdrowie (zawsze, nie tylko w pracy stewardessy!).

Latanie to najwspanialsza przygoda, jaka mi się dotychczas przytrafiła. Jeden telefon, który kiedyś wykonałam, odmienił moje życie o 180 stopni. Chciałabym zakończyć tego posta z prostym przesłaniem:  warto marzyć i warto w swoje marzenia wierzyć, mówić o nich głośno i się ich nie wstydzić. Czasami wokół nas dzieje się magia i kto wie, która wróżka naszych zwierzeń wysłucha 😉

 

Niezły Sajgon!

Gdy planuje się życie w obcym kraju, czasem warto wcześniej wybrać się tam na zwiady. Zastanawiając się nad tym, co będę robić, gdy przygoda z Dubajem dobiegnie końca, rozmyślam ostatnio o wyjeździe do Wietnamu. Z tego powodu wizyta w Sajgonie, czyli Ho Chi Minh City, cieszyła mnie podwójnie.

Mimo że nie jestem fanką zorganizowanych wycieczek na layoverach, czasami zdarza się, że nie są one najgorszą opcją. W miejscach, które mają do zaoferowania wiele, 24 h to często wyzwanie walki z czasem. Wydaje się, że Wietnam jest jednym z takich miejsc, w których zorganizowanie czasu jest wyjątkowo ważne, bo jasne jest, że nie da się zrobić wszystkiego – a często i nie sposób samemu wszystko zorganizować tak, jak zrobiłby to ktoś za nas.

Najpierw czekała nas długa droga. Po tym, jak już przedarliśmy się przez pełne motocykli skuterów i riksz miasto, a zaraz za jego granicami – przez podmokłe, rozciągające się wzdłuż autostrady pola ryżowe, na których gdzieniegdzie znajdowały się barwnie malowane miejsca rodzinnego pochówku, prawie byliśmy u celu. Czekał nas jeszcze postój w turystycznym zajeździe, który miał być ostatnią szansą na spotkanie z cywilizacją przed wjazdem do dżungli, a tymczasem był niczym więcej jak turystyczną pułapką w najgorszej postaci. Każda wycieczka, która zmierzała tam, gdzie my, zatrzymywała się w tym samym miejscu, zbudowanym dokładnie w jednym celu. Jeziorko z przepięknym mosteczkiem, na którym każdy robił sobie zdjęcie, sklep z pamiątkami – i to nie tylko z Wietnamu, były tam też wyroby Aborygenów z australijskiego buszu (podobno) czy magnesy z innych krajów azjatyckich; mini-sklepik spożywczy i stoisko ze świeżo wyciskanymi sokami. W zasadzie, po co jechać dalej, jak tu już wszystko jest? – My jednak ruszyliśmy.

Niedaleko stamtąd znajdował się port, gdzie weszliśmy na czekającą już na nas łódkę z umocowanymi na jej pokładzie, elegancko wyglądającymi krzesłami ogrodowymi. Łódką dopłynęliśmy do dżungli, a później dalej, wgłąb rzeki Mekong, bo to było głównym punktem planu tamtego dnia. Po drodze musieliśmy odbyć jeszcze wizyty w małej fabryce, właściwie – manufakturze wyrobów z kokosa, gdzie uwijano się z produkcją kokosowych mordoklejek, olejów i kosmetyków, byliśmy także na farmie, gdzie powstaje miód i jego pochodne, w owocowym ogrodzie, gdzie poczęstowano nas herbatą i pysznymi, świeżymi owockami, a także w miejscu, gdzie w klatkach trzymano różne zwierzątka, m.in. długie, grube węże. Rzecz jasna główną atrakcją było tam fotografowanie się w wężowych objęciach, co nie wydało mi się zbyt świetnym pomysłem. Później tego dnia, w miejscu, gdzie jedliśmy obiad, na uwięzi widziałam także inne zwierzęta – żaby, krokodyle a także mrówkojady. Nasz przewodnik bez ogródek powiedział nam, że żaby trzymane są tam na jedzenie, krokodyle – na skórę, a mrówkojady – cóż, chyba dla zaspokojenia czystej turystycznej „fantazji”.

Jasne, że w każdym z tych miejsc oczekiwano od nas, że coś kupimy, czy to miód, czy kokosowe smakołyki, czy choćby damy napiwek grajkom, którzy przygrywali nam i śpiewali do herbaty, smęcąc i zawodząc jakąś wietnamską operę.  Wszystko zorganizowane jest tak, aby turysta się nie nudził, zobaczył i doświadczył jak najwięcej, był szczęśliwy i najedzony.  Samemu ciężko byłoby chyba osiągnąć podobny efekt, napakować dzień tyloma wrażeniami. Mówię to z pewnym przekąsem, bo mimo mnóstwa zdjęć, radości i uciechy, które były też moim udziałem, pozostaje pytanie o autentyczność całego doświadczenia. Dla mnie najciekawszym momentem była przeprawa przez wąskie kanały Mekongu, mijanie łódek pełnych innych turystów, ale i też lokalnych ludzi, dla których podróż kolorowymi łodziami to część codzienności.

Po obiedzie, przejażdżce rowerami po pobliskiej wiosce, drzemce w hamaku i zrobieniu tysięcy zdjęć, czas było wracać do hotelu. Krótki spacer po mieście szybko uzmysłowił mi, że tutaj – podobnie trochę jak w Polsce – pieszy jest nieustannie w niebezpieczeństwie i nie traktuje się go poważnie. Tyle tylko, że w Polsce o miejsce na drodze trzeba walczyć z kierowcami samochodów – wciąż jeszcze, niestety, daleko nam do kultury zatrzymywania auta na niechby i pustej, lokalnej uliczce, po to żeby umożliwić komuś przejście po pasach – tak w Wietnamie głównym wrogiem są…skutery. Setki, tysiące maszyn, które mkną na czerwonym świetle, za nic sobie mając zielonego piechura mieniącego się na sygnalizatorze. Gdy tak stałyśmy z jedną dziewczyną z załogi na pasach, nie mogąc zebrać się na odwagę, by postawić pierwszy krok na jezdni, jeden z Wietnamczyków uświadomił nas, że na ulicę po prostu się wchodzi, żaden skuter nas nie przejedzie. Najwyraźniej na kursie jazdy uczą ich jak skutecznie omijać pieszych.

Wietnam to miejsce, gdzie w kawiarniach zamiast krzeseł królują hamaki, gdzie krzesła – gdy już są – wyglądają jak dziecięce stołeczki. Gdzie narodową potrawą jest bagietka, a w plecionych, „pocztówkowych” kapeluszach chodzi każdy. Kraina ryżu, skuterów i pysznej, wietnamskiej kawy. Chyba nie zdziwi nikogo, gdy napiszę, że planuję tam wrócić 😉

Sweet Lanka holidays

Wakacyjne wyjazdy mają to do siebie, że zazwyczaj są za krótkie. Zawsze cierpiałam na chorobę „przyszłego powrotu”, nieważne, czy to Berlin, Wrocław, włoskie wybrzeże czy francuska wioska – w każde z odwiedzanych miejsc obiecywałam sobie, że jeszcze wrócę. Nie inaczej jest ze Sri Lanką, na którą udałyśmy się niedawno wspólnie z Kasią. Nie tylko dlatego, że wracać chcę zawsze, ale głównie ponieważ nasz kilkudniowy pobyt na Cejlonie był po prostu o wiele za krótki. Piękne krajobrazy, mnogość rzeczy do zrobienia i miejsc do odwiedzenia wodziły nas na pokuszenie, a komukolwiek zwierzałyśmy się z tego, kiedy odlatuje nasz powrotny samolot, kręcił z niedowierzaniem i pewną dozą smutku głową.

Wyjazd zaczęłyśmy od relaksu. Po nocnym locie, dodatkowo opóźnionym kilka godzin, zgodnie stwierdziłyśmy, że należy nam się powolny, spokojny dzień. Zresztą miejsce, które wybrałyśmy sobie za nocleg – rzecz jasna, rezerwacji dokonując tuż przed odlotem z Dubaju – o wdzięcznej nazwie „Sweet Lanka”, nie zachęcało do niczego innego. Ponieważ byłyśmy w znajdującym się blisko lotniska Negombo, położonego też tuż przy plaży, po krótkiej drzemce tam skierowałyśmy swe kroki. Pusta plaża Negombo niestraszna była Kasi F., która od razu wyskoczyła z krótkiego kombinezonu i rozpoczęła marsz wzdłuż brzegu. Niestety, tamtejsza plaża do najczystszych  nie należy, co zresztą pamiętam z mojej pierwszej wizyty w tamtym miejscu, Boże Narodzenie 2014 spędzałam przyglądając się lokalnym rodzinom kąpiącym się w małej zatoczce na tejże samej plaży (więcej o tym w poście Obrazki z wystawy, czyli bliskie/dalekie Boże Narodzenie). Podobnie i teraz, spacer po lekko zaśmieconej plaży doprowadził nas do tego samego miejsca wspólnych kąpieli. Należy dodać, że tylko nie negroidalne rysy twarzy Lankijczyków były jasną wskazówką, że nie jesteśmy na afrykańskim wybrzeżu – skóra mieszkańców Cejlonu jest czasami bardzo ciemna. Maszerująca plażą Katarzyna stanowiła zatem sporą atrakcję, ba, nawet ja, choć z reguły nieklasyfikowana jako „typowa Polka”, wyróżniałam się na tle pozostałych plażowiczów. Dopełnieniem dnia był wieczorny masaż, na który udałyśmy się w towarzystwie Ingi, mówiącej po polsku Ukrainki, która od niedawna pracuje w Sweet Lance. Spa, do którego nad wzięła, zaspokoiło nawet standardy jadącego z nami Australijczyka, zawodowo ponoć zajmującego się masażem. Zrelaksowane, wybrałyśmy się jeszcze na wieczorny spacer po miasteczku, kierując się rzecz jasna na piwko. Po raz pierwszy musiałyśmy się zmagać ze zbytnią poufałością tubylców, którzy zaczepiali nas jadąc na skuterach, trąbili wymijając tuk tukiem, pogwizdywali z naprzeciwka. Wszystko to było znośne i dość przewidywalne, człowiek się przyzwyczaja, gdy od zamierzchłych czasów w drodze do szkoły trąbią na niego kierowcy ciężarówek. Trąbienie trąbieniem, nigdy jednak nie dochodziło do rękoczynów – a tym razem jeden z lokalsów pacnął Kasię po pupie, a tuż po tym w ciemnych zaułkach wiodących do naszego zakwaterowania dwóch nastoletnich szczyli zajeżdżało nam co i rusz drogę na motorku. Niby nic takiego, ale wszystko to nie było zbyt przyjemne i zostawiło Kasię w dość bojowym nastroju na resztę wyjazdu.

Następnego poranka, po pysznym, przygotowanym w lokalnym stylu śniadaniu, które zaserwowały nam Inga i pomagająca jej Delicja (z miejsca stałyśmy się fankami imienia), ruszyłyśmy w drogę. Tuk tukiem dojechałyśmy do dworca autobusowego, początkowo w towarzystwie pary Chińczyków, którzy również zatrzymali się w Sweet Lance. Jechaliśmy wszyscy w tę samą stronę, jednak przy okazji przesiadki, Chińczycy się nam zapodziali, i o miejsce w lokalnym autobusie, który szybko stał się naszym ulubionym środkiem transportu, mimo że dość trzęsącym, o czym jeszcze nieraz miałyśmy się przekonać, musiałyśmy walczyć już same. Dość szybko dokonałyśmy słusznej decyzji, którą było umoszczenie się tuż przy otwartych na oścież drzwiach z tyłu pojazdu. Początkowo założyłyśmy, że drzwi owe zostaną na czas podróży zamknięte, ku naszemu zdziwieniu i naszej radości, normalną praktyka jest, by drzwi były otwarte. Ma to kilka przyczyn. Podstawową jest „klimatyzowanie” autobusu w sposób naturalny, czyli tworzenie przeciągu. Bliska odległość od drzwi pozwoliła nam także na zaobserwowanie innego zjawiska, z powodu którego drzwi muszą być non stop otwarte. Na przystankach, w trakcie których niejednokrotnie pędzący autobus zwalniał, ale nie zatrzymywał się zupełnie, a także na dworcach w większych miastach i miasteczkach, do pojazdu wsiadali drobni handlarze, sprzedający wodę, czipsy, lokalne przekąski, ale także kursy języka angielskiego. Jako że ich produkty były dość chętnie kupowane, a autobus zaczynał się rozpędzać gdy oni jeszcze sprzedawali co mieli, kierowca bynajmniej nie czekał, aż skończą. Ze zdumieniem widziałyśmy, jak jeden po drugim, handlarze wyskakiwali z coraz szybciej jadącego pojazdu. Podobali nam się zwłaszcza ci, którzy za nic sobie mieli znajdujące się dość blisko inne autobusy, jeden z opuszczających w taki sposób autobus sprzedawca dosłownie zniknął w wąziutkiej szparce oddzielającej nas od innego autobusu. Byłyśmy pełne podziwu dla tego magika.

Naszym celem była Dambulla. Na szczęście, zwykle kontroler biletów w każdym z autobusów pamiętał, że jadą nim dwie dziewczyny, którym trzeba powiedzieć, kiedy mają wysiąść, więc nigdy nie skończyłyśmy przez własną nieuwagę w szczerym polu, co równie dobrze mogło się zdarzyć. Poinstruowane, że jesteśmy już w Dambulla, wysiadłyśmy, i szybko znalazłyśmy kierowcę tuk tuka, który nie tylko zaprowadził nas do lokalnej restauracyjki, gdzie zjadłyśmy same pyszności, łącznie z sokiem owocowym uzupełnionym lodami waniliowymi, ale zawiózł nas też do  Złotej Świątyni Buddy. Pierwsze, co rzuca się tam w oczy, to blask złotego „dzwonu”, czyli stupa – lub inaczej dagoba, prosta buddyjska budowla sakralna, przypominająca kształtem wielki „dzwon”. W różnych miejscach kultu przybiera ona  nieco inne formy. Mimo że w sakralnym kompleksie Dambulli stupa i lśniący, ogromny posąg Buddy to pierwsze, na co się natykamy, to nie te obiekty są tam celem wędrówek. Najważniejsze świątynie znajdują się bowiem w skale, znajdującej się na szczycie góry. Po wspinaczce na opanowane przez małpy wzgórze, najpierw wpada się w zachwyt nad rozciągającym się stamtąd widokiem. Dopiero po chwili człowiek przypomina sobie, po co wdrapywał się tak wysoko i w takim skwarze, w dodatku z pełnym brzuchem, co było naszym udziałem. Dambulla to przede wszystkim kompleks kilku skalnych jaskiń, w których znajdują się posągi Buddy, ale i – a jak dla mnie przede wszystkim, bo to zrobiło na mnie największe wrażenie – malowidła skalne, pokrywające sklepienia kilku znajdujących się tam jaskiń.

U stóp skrywającego skalne świątynie wzgórza wzniesiono  olbrzymi posąg siedzącego Buddy. Jak głosi tabliczka, wzniósł sobie ją sam na własną cześć i pamiątkę jeden z mnichów, bardzo nam się więc ten jakże słuszny przyczynek spodobał.

Do miejsca kolejnego noclegu, miejscowości Polonnaruwa, dojechałyśmy dość późno. Było już ciemno, więc skore byłyśmy skorzystać z tuk tuka, który przewiózł nas dosłownie 100 metrów i jego kierowca oznajmił, że jesteśmy na miejscu. W ten sposób zapoznałyśmy jednak Anterabante, który był naszym kierowcą także kolejnego dnia.

Zmęczone całodzienną jazdą, miałyśmy jednak wystarczająco siły, by wypić przywiezione na Sri Lankę wino. Do naszego stolika szybko dołączył gospodarz pensjonatu, Papa. Tak, gospodarze Sanctuary Cove kazali do siebie wołać Papa i Mama i z miejsca nas polubili, głównie dlatego, że ich syn – tak jak ja – mieszka w Dubaju. Mama nie przegapiła żadnej okazji, żeby pokazać nam rodzinne zdjęcia i zaprezentować historię każdego z trójki synów. Papa z kolei wychylił z nami kilka szklaneczek wina, rozczarował się, że nie palimy, i pomógł nam zaplanować następny dzień.

Po śniadaniu, któremu niestety daleko było do tego w Sweet Lance, ruszyłyśmy zwiedzać starożytne miasto. Podobnie jak Dambulla, wpisane ono jest na listę UNESCO. Papa zapowiedział nam, że 4 godziny w zupełności wystarczą, aby wszystko zobaczyć, nawet poruszając się pieszo. Na wczesne popołudnie miałyśmy zaplanowane słonie safari, czas miałyśmy wiec ograniczony. Niestety, Papa troszkę nas zmylił, a naszym zbawieniem okazał się Anterabante, który jesteśmy prawie pewne że na nas tego ranka czekał. Początkowo go zbyłyśmy, ale po wizycie w muzeum i zorientowaniu się, że czas jednak nas goni, gdy niezrażony Ante z daleka wymachiwał do nas zachęcająco rękami, zgodnie wsiadłyśmy do jego wyłożonego kartonami tuk tuka. Anterabante wyraźnie miał o nas nienajlepsze zdanie, ale dzięki jego prostym wskazówkom typu „tu, tam, 15 minut, szybko, parking” udało nam się zmieścić w czasie i objechać wszystkie części dość rozciągniętego w terenie zabytkowego, świętego miasta.

Po zwiedzaniu starczyło nam czasu tylko na to, by zaopatrzyć się w lokalne przysmaki, zwane przez nas „pierogami” przez proste porównanie smaku do naszych ruskich, i już jechałyśmy jeepem na safari. Na Sri Lance nieomal obowiązkiem jest zobaczyć słonie, ale miejsc, w jakich można je ujrzeć, jest kilka. Parki narodowe, w których słonie żyją sobie w buszu, organizują safari, a słonie można zobaczyć w ich naturalnym środowisku – gdy spacerują, wychodzą z gąszczu w stronę wody, całe rodziny kąpią się i taplają w błotku. Istnieją jednak także inne opcje – m.in. popularne wśród turystów słonie sierocińce. Mimo że tam można do słoniątek zbliżyć się najbardziej, dotknąć i pogłaskać, czego z wysokości jeepa zrobić nie można – ba, jeepa może przepłoszyć rozwścieczona słonica będąca w 22. miesiącu ciąży, broniąca swojego stadka, co przydarzyło się nam – to w sierocińcach, np. w słynnym Pinnawala, do którego nie miałyśmy zamiaru jechać, słoniątka i słonie zakute są w kajdany i wypuszczane tylko na czas kąpieli, gdzie i tak strzegą ich strażnicy. Od dłuższego już czasu uważam, że wszelkie atrakcje turystyczne, które angażują zwierzęta, powinno się wybierać ostrożnie. Słoniki widziałam z bliska w Kenii, kiedy to razem z crew wybraliśmy się do innego słoniego sierocińca w Nairobi, (Karibu, simba i Hakuna matata) ale tam nie było żadnych łańcuchów, kajdanów, a słoniki na porę karmienia i błotnych kąpieli przybywały z buszu. Niestety, masowa turystyka i bezmyślność zarówno przyjezdnych jak i chcących zarobić tubylców niejednokrotnie prowadzą do krzywdy zwierząt, i choć sama nie jestem może wielkim amatorem zwierząt, nie znaczy to, że ich los jest mi obojętny. Wręcz przeciwnie, do dziś pamiętam smutnego wielbłąda na pustynnym safari w Dubaju, którego „pracą” było chodzenie w kółko z co rusz innym turystą na grzbiecie.

Słonie spacerujące w grupie robią wrażenie. Małe słoniki a w środku, otoczone dorosłymi, nieco starsze słoniątka przekomarzające się w udawanej walce, czy wreszcie rozjuszona słonica, broniąca stadka przed zbyt blisko znajdującym się jeepem – wszystkiego doświadcza się z rosnącym szacunkiem i dosłownie wręcz otwartą z podziwu buzią. Trochę tylko żartowałyśmy, że szczęśliwie większość z obecnych zarówno w naszym samochodzie jak i pozostałych jeepach ludzi miała ogromne lunety przez które mogli oglądać i fotografować zwierzęta, zamiast zwyczajnie się im przyglądać. Sytuacją pokazującą absurd tego aparatowego szaleństwa była chwila, gdy w drodze do parku narodowego przejeżdżaliśmy nad brzegiem jeziora, jeep na chwilę się zatrzymał, wszyscy wstali na baczność i wymierzyli swoje trzecie oczy w coś, co na koniec okazało się pływającym na dmuchanej oponie mieszkańcem pobliskiego gospodarstwa. Bezmyślność łącznie z wiedzą pochodzącą tylko z najnowszej edycji Lonely Planet daje jak widać wiele.

Następnego dnia ruszyłyśmy do drugiego po Colombo największego miasta na wyspie, Kandy. Idąc po najprostszej linii oporu, nocleg zabukowałyśmy w filii Sweet Lanka. Samo Kandy do najpiękniejszych nie należy, choć ma swój urok. Jest dość dużym, „ucywilizowanym” na potrzeby turystów miastem, otaczającym znajdujące się w dolinie jezioro, ale za to skąd rozpościerają się cudowne widoki na okalające miasto góry. Jak poradził nam szefujący całej Sweet Lance Ukrainiec Volly,  najpierw poszukałyśmy jedzenia, a wieczorną porą udałyśmy się do największej atrakcji Kandy, Świątyni Zęba Buddy. Wieczorem, bo to wtedy odbywają się – trochę „odgrywane” dla turystów – barwne modlitwy i rytuały. Położona nad brzegiem wody świątynia robi wrażenie swoim rozmachem, ale także przyprawia o ciarki, gdy po raz pierwszy słyszy się uderzenia w bębny – miałam uczucie, jakbym nagle znalazła się w samym środku jednego z filmów o Indianie Jonesie.

Po typowym, wyśmienitym sweetlankijskim śniadaniu, Volly wyprawił nas do miejscowości znajdującej się w pobliżu Kandy, a raczej stacji kolejowej Peradeniya, po tym, jak nie udało nam się kupić biletów na pociąg do Ella w Kandy. Ta pokonywana przez pociąg trasa z Kandy do Ella polecana jest przez każdy przewodnik i portal podróżniczy. Nazywana jest jedną z najpiękniejszych na świecie, gdyż przecina malownicze pola herbaciane i zapiera dech w piersiach. Niestety, ze względu na to, że wielu ludzi korzysta z tego pociągu by dojechać z/do pracy, pociąg zwykle jest pełen, a miejsca trzeba rezerwować z wyprzedzeniem. Volly poradził nam jednak stację Peradeniya, gdyż trasa pociągu odjeżdżającego stamtąd omija Kandy, a w zasadzie jest taka sama, jednocześnie pociągi są mniej zatłoczone i łatwiej o miejsce siedzące. Bo nawet, gdy nie ma miejscówek, kupuje się bilet, i choć początkowo trzeba stać, siada się w momencie, gdy miejsce się zwalnia. Słuchając Volly’ego wiedziałyśmy, że mamy większą szansę usiąść tam, niż gdybyśmy wyruszyły z Kandy, bo o opcji Peradeniya nie każdy wie. I rzeczywiście, ludzi na peronie było mało, a gdy już umościłyśmy się w otwartych drzwiach wagonu, tak, aby przypadkiem nie wypaść, znalazły się dla nas miejsca w przedziale. Tam spędziłyśmy większość 6-godzinnej jazdy, w trakcie której nikt nie sprawdził nam biletów (odebrał je od nas dopiero strażnik na stacji Ella), choć prawdziwy fun jest wtedy, gdy stoi się w drzwiach i uważa, by nie wylecieć, co o włos przydarzyłoby mi się dwa razy, ale zdecydowanie było warto.

Ella to mekka backpackerów. Mimo że miasteczko jest dość niewielkie, pełno w nim hipisów i miejscowych hipsterów. Bez problemu znalazłyśmy tam kilka kawiarni – deficyt kawy w trakcie tej wycieczki początkowo dość mi doskwierał, no ale w końcu byłyśmy w krainie herbaty. Tymczasem Ella wydawała się kombinacją tego, co dobre, bo swojskie, z tym, co popularne, bo zagraniczne. I choć w przypadku Sri Lanki ciężko mówić o zmasowanej turystyce, bo chociażby w autobusach zawsze byłyśmy jedynymi turystkami wśród ludności lokalnej, to Ella może w przyszłości stać się miejscem obleganym przez masy.

Nasz pensjonat znajdował się na zboczu wzgórza i rozciągał się z niego przepiękny widok. Śniadanie, jakie zaserwował nam gospodarz, było wyjątkowo obfite, i dobrze, bo dało nam energię na wspinaczkę. Ruszyłyśmy zdobywać Ella Rock, do którego trasa rozpoczynała się od pokonania bez mała kilkuset stopni, a dalej wiodła wzdłuż torów kolejowych – przy czym słowo „wzdłuż” równie dobrze można zastąpić „po”, gdyż w zasadzie nikt nie bawił się w konwenanse i wszyscy spacerowali samymi torami, co jest normalne też dla lokalnej ludności. Naturalnie wyruszyłyśmy tak, aby złapać południowe słońce i spalić się jak raczki. Wiedziałyśmy, że z torów będziemy musiały odbić w stronę góry. Wiedziałyśmy również, że popularny jest proceder naganiania turystów przez tubylców i komplikowania prostej poniekąd trasy tak, aby szybko się oni zgubili i musieli – za opłatą – skorzystać z usług przewodnika. Nie myślałyśmy jednak, że same damy się nabrać i że znajdziemy się pośrodku krzaków i gąszczu kukurydzy, nie wiedząc, za kim równie pogubionym co i my podążyć. W końcu zaufałyśmy temu Lankijczykowi, który jasno i wyraźnie powiedział, że nie chce od nas żadnych pieniędzy, bo on ma swoje, a chce nam po prostu pomóc. Wyprowadził nas z buszu i pchnął ku właściwej ścieżce, skąd już droga była łatwa. Po niełatwej wspinaczce dotarłyśmy na szczyt i nie chciałyśmy z niego schodzić, tak było pięknie! Warto było upocić się najpierw jak świnki.

W Ella pojechałyśmy jeszcze zobaczyć słynne wodospady, gdzie trafiłyśmy najwyraźniej na porę wieczornej kąpieli okolicznej ludności, wodospad wyglądał bowiem jak wielka wanna. Z lekkim zażenowaniem zrobiłyśmy sobie zdjęcia, zostałyśmy obdarowane kryształami przez staruszków, którzy obłapili nas jak sępy, z zachwytem przyjęli to, że jesteśmy z Polski i zażądali pieniędzy, najlepiej obcej waluty, i najlepiej nie monet a banknotów, i to nie 10 a 20. W międzyczasie nawiązałyśmy nić przyjaźni z milczącym kierowcą tuk tuka, który zawiózł nas do hipsterskiego baru, i opuścił, gdy zorientował się, że trawki ani z nim nie wypalimy, ani nie możemy mu zaoferować.

Ciemną nocą ruszyłyśmy następnie do głównej drogi, gdzie łapać miałyśmy autobus jadący do Colombo, a stamtąd udać się prosto na lotnisko. Jako że był w sumie środek nocy, my nie spałyśmy zbyt długo, a autobus o tej porze świecił pustkami, usiłowałyśmy uciąć sobie drzemkę. Chwilę jednak zajęło nam przyzwyczajenie się do trzęsącego i pędzącego jak strzała autobusu. Jazda lankijskimi autobusami należy do osobnej kategorii sportów ekstremalnych i lepiej siedzieć z tyłu pojazdu, tak, by nie widzieć, jak za nic ma sobie zasady ruchu drogowego kierowca.

Sri Lanka zachwyca i szybko pokazuje, że warto wrócić. Nici wyszły z planowanego relaksu na plaży, zwiedzania innych miast czy choćby wizyty na polach herbacianych. I choć zrobiłyśmy tyle, ile realnie bez proszka fiuu! i zdolności teleportacji mogłyśmy zrobić, zawsze pozostaje niedosyt. Wygląda jednak na to, że Sri Lanka pozostaje wciąż nieco na uboczu podróżniczych – lub też raczej turystycznych – szlaków. Nie tak dawno zakończyła się tam trwająca 26 lat wojna domowa, być może dlatego Sri Lanka nie jest jeszcze tak popularna jak Tajlandia czy Seszele. I dobrze – im mniej turystycznego pędu w tym żyjącym wedle własnego jeszcze rytmu miejscu, tym lepiej. Tym częściej bileter pomoże nam wysiąść z autobusu na czas i wytacha za nami plecak, tym więcej będzie miejsc sprzedających curry&rice zamiast hamburgerów i pakujących lokalne jedzenie w ultrazrecyklingowane papierowe torebki w postaci kartki ze starego zeszytu spiętej spinaczem, tym chętniej kelner w restauracji podpowie nam że lokalne piwo gorsze jest od importowanego bo zeszłoroczna powódź dobrze na zbiory chmielu nie wpłynęła, tym łatwiej o szczere uśmiechy od współpasażerów  miejscowego autobusu.

 

You’re doing great, New York!

Jednym z naszych nieustających marzeń jest to, by na layoverach towarzyszyli nam znajomi. Mamie spodobałaby się beztroska plaża, siostrze – wyprzedaże, z chłopakiem można pić wino przy zachodzie słońca a w hipsterskiej kawiarni dzielić się ciastkiem z przyjaciółką bo wtedy zawsze można spróbować dwóch słodkości 😉 Rarytasem jest, gdy operuje się lot wspólnie z kimś znajomym, dlatego tym więcej radości sprawia możliwość wspólnych wyjazdów z dubajskimi przyjaciółmi. Po raz drugi wyruszyłam w drogę z Asią, i to drogę nie byle jaką – kierunek: Nowy Jork!

Z Nowym Jorkiem sprawa jest poniekąd prosta: tam zawsze się wraca. Tam zawsze coś się dzieje, zawsze jest coś do zobaczenia, miasto przecież nigdy nie zasypia. Nasze layovery nigdy nie są wystarczająco długie, bo w momencie, gdy NY przenika ci nieproszenie pod skórę, rozlega się bezczelnie wake up call, trzeba pakować walizkę i wracać. Od roku planowałyśmy więc, że początkiem czerwca 2016, mając za wymówkę odbywający się wtedy w NY festiwal muzyczny, wybierzemy się na wspólne wakacje do miasta ttylu niesamowitości, będącego w końcu „innym stanem umysłu”.

Jednym z bardziej przyjemnych zadań, z jakimi musiałyśmy się zmierzyć, było znalezienie noclegu. Normalni ludzie przygotowania do wyjazdu zaczynają od wyszukania biletów, zwykle na długo przed planowanym terminem wyprawy, często powiadomieni o super okazji przez internetowe portale, a dopiero potem szukają zakwaterowania. Ja rozpoczęłam przeglądanie nowojorskiego Airbnb zanim w ręku trzymałam bilet, bo przecież kupno go to nie problem. Ponieważ na co dzień do hotelu wiezie nas z lotniska autobus i niczym nie musimy się martwić, szukanie noclegu na okres wakacji to czysta przyjemność.

Zwłaszcza w Nowym Jorku. Airbnb ostatnio nie jest z Nowym Jorkiem za pan brat, bo tak jak i w kilku innych dużych miastach, zaczyna posądzać się je o bycie nielegalnym sposobem dorabiania na boku przez mieszkańców, co w zasadzie nie dziwi, gdyż ceny wynajmu w tej metropolii są bardzo wysokie. Ciężko się nam było zdecydować, gdyż co druga oferta wyglądała zachęcająco i obiecywała szansę znalezienia się w mieszkaniu przeniesionym z planu ulubionego amerykańskiego filmu czy serialu. Do tego stopnia zwlekałyśmy z podjęciem decyzji, że wysyłałam potwierdzenia rezerwacji tuż przed lądowaniem (niech żyje darmowe wifi w samolocie!!). Na pierwsze kilka nocy wybrałyśmy przytulne mieszkanko w dzielnicy Upper East Side. Albo raczej: coś, co miało nim być….

Szybko okazało się, że istotnie, chęć zarobienia łatwych pieniędzy musiała przyświecać naszemu hostowi. Airbnb to portal, który pozwala ludziom na odpłatne dzielenie się swoim mieszkaniem lub też zupełne go odstąpienie przyjeżdżającym, daleko mu jednak do darmowego couchsurfingu. Dziewczyna, z którą uzgadniałam szczegóły naszego przyjazdu, najwyraźniej nie była tego świadoma, gdyż mieszkanie było delikatnie mówiąc nieprzygotowane na nasz pobyt. Jasne się stało, że nowojorczycy podczas dłuższego wyjazdy z miasta chętnie odstępują własne lokum przyjezdnym, tak, by wyjazd się zwrócił. Na szczęście, penthouse z ogromnym tarasem na Harlemie, do którego przeniosłyśmy się po kilku pierwszych nocach, było jak niespodziewana wygrana w totka.

Najpierw kilka słów o festiwalu, na który specjalnie poleciałyśmy. W zasadzie, pisania nie ma wiele, gdyż z trzech dni, które przewidywał program, bawiłyśmy się tylko jeden, z różnych powodów. Pogoda popsuła nam plany i drugiego wieczora zamiast na teren festiwalu dotarłyśmy na margeritę do knajpki o wdzięcznej nazwie Ricardo Ocean & Grill, do której zresztą przygnał nas lejący się strumieniami deszcz. Z powodu nieustającej ulewy, trzeci dzień festiwalu odwołano, choć jak na złość, pogoda w niedzielę była piękna.

Nowy Jork ma to do siebie, że człowiek nieświadomie przemierza dziesiątki kilometrów, wędrując od jednej stacji metra do drugiej, krążąc po dzielnicach, namierzając kawiarnie i nieco się gubiąc. Obeszłyśmy Manhattan, Chelsea i SoHo, przejechałyśmy rowerami po Brooklynie, spacerowałyśmy po Harlemie i prawie dojechałyśmy do Bronxu. Z naszego mieszkanka na Upper East Side pobiegłyśmy na poranny jogging do Central Parku, wieczorem zwiedziłyśmy Williamsburg, zachłysnęłyśmy się hipsterskim Bushwick. Siedziałyśmy na schodach Metropolitan Museum of Art, jak na prawdziwie fanki  telewizyjnej „Plotkary” przystało, piłyśmy nowojorskie Mimosy i jadłyśmy bajgle. Na tyle innych rzeczy nie starczyło nam jeszcze czasu!

Kilka uwag/ciekawostek. Tak jak wynajem mieszkań w Nowym Jorku nie jest tani, tak dużo pieniędzy zostawia się na napiwkach. Po częstych wizytach w Stanach wiem już, że napiwek to podstawa, ale moje zdziwienie wywołała szybka zmiana średniej jego kwoty z 10 do minimum 18 %, a w niektórych miejscach tip w wysokości 2% był podstawą. Kulminacją była niecna próba dokonana przez fałszywie przyjaznych nam pracowników Ricardo, którzy usiłowali skasować nas napiwkiem podwójnie. Przyoszczędzić za to można na wizycie w Metropolitan Museum of Art, do którego za wejście każdy może zapłacić ile chce. Po kilku podchodach, które robiłyśmy w obawie żeby nie wyjść na skąpiradła, przekonałyśmy się, że wejść można równie dobrze za darmo! Próżno szukać też porządnego śniadania, i choć brunch jest instytucją samą w sobie, nowojorczycy na pierwszy poranny posiłek wybierają zwykle bajgla, kanapkę i kubek czarnej, filtrowanej kawy.

Powtarzając się, dodam, że do Nowego Jorku chce się wracać. I że nigdy się nie znudzi!

Abudża. Zabawa po nigeryjsku

Do Nigerii jeździłam wcześniej z przekonaniem, że mimo iż chciałabym coś zobaczyć, to wiele mi się i tak nie uda, bo przecież obecność żołnierza z wielkim karabinem na przedzie busa, którym wiozą nas do hotelu z lotniska, o czymś świadczy. Nie wyrywałam się więc z samotnym wędrowaniem po okolicy – dopóki nie spotkałam pewnego Polaka, który, jak się szybko okazało, ma znajomych w wielu afrykańskich miastach. Tak się złożyło, że przez jeden miesiąc lataliśmy razem, więc dzięki niemu zobaczyłam trochę więcej Afryki, takiej „od środka”.

Mało kto kojarzy Abudżę z tym, że jest stolicą Nigerii. W zasadzie, mało kto chyba o Abudży słyszał, a jeśli już, to pewnie nie kojarzy się ona z niczym (ciekawym). Tymczasem, co wzbudziło moje duże zaskoczenie, Abudża tętni życiem, a co więcej – z autobusu zniknął karabinier, i wyjście z hotelu jest jednak możliwe!

Po przylocie i krótkim odpoczynku, spotkaliśmy się z Nigeryjczykiem Kankanem i Filipinką Jenny, znajomymi A., którzy zabrali nas na kolację. Jenny pracuje w filipińskiej ambasadzie w Abudży, Kankan dla nigeryjskiego rządu. Oboje obracają się w towarzystwie, które składa się w większości z europejskich, amerykańskich, australijskich ekspatów – pracowników konsulatów, ambasad, zagranicznych firm, mających swoje przedstawicielstwa w Nigerii.. Tworzą oni grupę, która organizuje wspólne wyprawy w góry, wycieczki po okolicy, wypady rowerowe i różnego rodzaju spotkania i aktywności. Są w niej też Polacy! Jenny, która mieszkała już w różnych dziwnych miejscach takich jak Sudan, nie chce słyszeć o powrocie na Filipiny. „Tu mi dobrze”, mówiła, „tu jest spokój”. Faktycznie, z ich perspektywy, życie w Abudży wydaje się… przyjemne! Wspólne spotkania, kosmopolityczne towarzystwo, prostota życia, jaką szybko daje się zauważyć – niewiele więcej trzeba chyba do szczęścia. Dopiero w takich miejscach jak Nigeria człowiek zmuszony skonfrontować jest własną pogoń za szczęściem, czy tym, co wydaje się nam do niego drogą, z idealną prostotą życia, z tym, co faktycznie jest nam niezbędne, by być zwyczajnie szczęśliwym.

Polubiłam Abudżę tak bardzo, że Asia się śmieje, że to teraz mój ulubiony layover, na równi z Houston. :P, a Kankan wysyła mi  jeszcze czasem oferty pracy w tamtejszych organizacjach humanitarnych.

Następnego ranka Kankan i Jenny zabrali nas na małą wycieczkę. Najpierw pojechaliśmy do „sklepu z pamiątkami”, który miał formę repliki tradycyjnej nigeryjskiej wioski. Można tam było nabyć ręcznie robione rzeźby, obrazy, bębenki, grzechotki i koszule, ale także buty czy ubrania wykonane z krokodylej skóry, dywanik ze skóry zebry czy antylopy, no i oczywiście elegancko wypchane krokodylki i kajmany. Jednym słowem, wszystko to, co na niektórych lotniskach figuruje na „wystawce” opatrzonej etykietką „Nie przewoź!”.  Mimo że „wioska” powstała na potrzeby turystyczne, choć o dynamicznej turystyce w stolicy Nigerii ciężko mówić, tuż za tylnymi drzwiami każdego takiego straganu toczyło się normalne, afrykańskie życie – ludzie prali, jedli, odpoczywali, chroniąc się w cieniu przed upałem, handlowali jedzeniem czy produktami domowymi. Dla pewności, wolałam niczego nie kupować, żeby później się nie okazało, że przez nieuwagę wiozę jako prezent fragmenty skóry zagrożonego wyginięciem krokodyla…

Później pojechaliśmy do lunaparku. Tak, podczas gdy na layoverach crew zawsze udaje się do Disneylandów i Universal Studios, my zaliczyliśmy pobyt w egzotycznym nigeryjskim Magiclandzie, który ponoć na weekendach pęka w szwach. Ponieważ byliśmy tam tuż po otwarciu, spotkaliśmy tylko kilku innych „pasjonatów” dobrej rozrywki. Przy tak wczesnej porze odwiedzin, owszem, wpuszczono nas do środka, ale wszystkie atrakcje wciąż były nieczynne, pozostał nam więc spacer po czymś, co mi bardziej przypominało „creepyland” albo park rodem z amerykańskiego horroru czy filmu pokroju „Miasteczko Twin Peaks”, a nie plac zabaw i rozrywki. Bliskość Bożego Narodzenia była tam wciąż widoczna. O popularności wesołego miasteczka świadczyć mógł jasno fakt, że swoje filie miały tam też różne sklepy, nie pomijając salonu sukien ślubnych. Afrykańczycy wiedzą, gdzie szukać potencjalnych  klientów, nic dziwnego, że Nigeria jest jednym z najszybciej rozwijających się demograficznie krajów na świecie. Mieliśmy jednak odrobinę szczęścia i otworzono specjalnie dla nas jedną z kolejek – którą tylko mieliśmy kaprys sobie zażyczyć. Zabawa była przednia, i naprawdę ubawu miałam po pachy.

Ponieważ nieco zgłodnieliśmy, w drodze na lunch najpierw przystanęliśmy na lokalnym targowisku, gdzie kupić można tylko wyłącznie nigeryjską specjalność, kilishi, czyli suszone na słońcu, dobrze doprawione – no, to za mało powiedziane, tak właściwie to bardzo pikantne mięso, które później w wielkich płatach, układanych jedne na drugich, wystawia się na straganach, a sprzedaje, odrywając kawałki i pakując w gazetę. Mięso jest pyszne, ale pali szatańsko, i mimo że trochę się już przyzwyczaiłam do wszechobecnych pikantnych potraw, ba, nawet nauczyłam się je lubić, to myślę, że kilishi to sport dla wytrwałych i zdecydowanie dla pasjonatów. Zresztą, pierwszą barierą, którą trzeba pokonać przy kupnie kilishi, jest widok obsiadających mięso much…

Rozognieni przystawką, na lunch wybraliśmy się na lokalny market, znajdujący się tuż obok bazy wojskowej. Mogadishu Cantonment, czyli baraki Abacha, których nazwę nie tak dawno temu zmieniono na Mogadishu, są pozostałością po pierwszych militarnych zasiekach, które powstały przy okazji przenosin nigeryjskiej stolicy z Lagos do Abudży. To m.in. tam w 2011 zaatakowało Boko Haram, eksplodując bombę w ruchliwej części targu. Dzisiaj nie da się wjechać na teren marketu bez obowiązkowej wojskowej kontroli samochodu. To zresztą praktyka dość częsta w całej Afryce więc aż tak nie byłam zdziwiona.

Zarówno lokalna ludność, jak i zagraniczni goście, chętnie odwiedzają Mohadishu market, i nie ma co się temu dziwić. Ze względu na to, że musieliśmy wracać na lot, nie mogliśmy poczuć wieczornej atmosfery tego miejsca, które pęka ponoć wtedy w szwach, ale udało nam się skosztować tego, dla czego wszyscy się tam tak chętnie zjeżdżają – grillowaną rybę. Na środku targu znajduje się ogromny, okrągły ruszt, wokół którego promieniście skupione są stoły i krzesła, przynależące do różnych „restauracji”.  Ponieważ wczesnym popołudniem miejsce było dość puste, zasiedliśmy bez problemu w jednym z otwartych stanowisk i po chwili wybieraliśmy rybę, którą miano nam później upiec na tym największym grillu, jaki kiedykolwiek widziałam. Ryby były świeże i pyszne. Lokalnym zwyczajem, nikt nawet nie zaproponował nam sztućców, więc jedliśmy gorącą – palącą i palce, i język, pikantną! – rybę rękami. Ponieważ było już ciut za późno na piwko – godzina wylotu była zbyt blisko, a jak wiadomo, alkoholu nie możemy spożywać minimum 12 godzin przed lotem – smak ryby łagodziliśmy zmrożoną w jedną wielką kostkę lodu wodą.

Ze względu m.in. na niedawną epidemię eboli, wszędzie w Afryce podkreśla się konieczność częstego mycia rąk. Nawet w najbardziej zapyziałych wydawałoby się miejscach zdarza się, że ktoś poda nam miskę z ciepłą wodą i mydło, lub też w innej wersji płyn do mycia naczyń 😉

Najedzeni i szczęśliwi, wróciliśmy do hotelu. Leciałam do Dubaju z nadzieją, że praca znów wyśle mnie do Abudży, która naprawdę nie jest taka straszna! 🙂

Wielka chińska wspinaczka

Widząc w grafiku Pekin, nie od razu wpadłam w zachwyt. Chiny, niby egzotyka ale przecież już byłam, trochę już nawet widziałam, zresztą lot miał być niby wymagający i wszystko jakieś odpychające… Dopiero po chwili do mnie dotarło – Pekin, Chiny i Wielki Mur!!

No właśnie. Przyzwyczajeni do luksusu życia poza miejscem i czasem, nieraz pochopnie sprowadzamy niesamowite miejsca do tego, jaki będzie lot i czy aby na pewno w hotelu jest darmowy internet. A tymczasem wyprawa do Chin to dla  niektórych spełnienie marzeń! I mnie się ona przytrafia ot, tak, nawet, gdy o to nie proszę 😉

Razem z kilkoma innymi crew, wybraliśmy się zatem na Wielki Mur. Po ponad godzinnej podróży poza miasto, dotarliśmy do podnóża gór, na których rozciągał się mur. Żeby było jasne, przyjechaliśmy w miejsce, które jest stosunkowo blisko od Pekinu. Różnie mówi się o długości muru, którego początki sięgają VII w. p.n.e. Jedni podają, że ma 2500 km, inni, że wliczając odnogi i rozgałęzienia, łączna długość może sięgać niemal 9000 km. Nie zmienia to faktu, że jest on po prostu DŁUGI. Najlepiej zachowane fragmenty są właśnie w okolicach chińskiej stolicy, choć dostać się na niego można w wielu miejscach. Mieliśmy duże szczęście, gdyż pogoda dopisywała. Mimo zimowej aury, świeciło mocne słońce, a powietrze było czyste i przejrzyste. A to ma znaczenie, gdyż Pekin słynie ze smogu, prawie tak jak Kraków 😉 – i ci, którzy byli w Pekinie tydzień przed nami, opowiadali, że wówczas nie było widać niemal nic. (Tak nawiasem, na briefingu przed lotem zostaliśmy zaopatrzeni w maski i poinstruowani, że wychodzimy z hotelu trochę na własne ryzyko, zanieczyszczenie powietrza jest bowiem tak duże….Rzecz jasna, maski posłużyły nam za wdzięczne atrybuty do zdjęć a ich kariera jako instrumentów ochronnych była dość efemeryczna.)

Zdecydowaliśmy, że na sam mur dotrzemy pieszo. Nasz kierowca nie był tym zachwycony. Przez całą drogę, od hotelu do parkingu pod murem, a stamtąd aż do samego wejścia na „teren obiektu”,  próbował nas przekonać do wzięcia alternatywnego środka transportu, czyli kolejki, podjeżdżającej na sam szczyt góry. Jedna z dziewczyn mówiła po mandaryńsku, więc to ona komunikowała się w tym języku z naszym kierowcą. Mimo to, z niewiadomych przyczyn co 5 minut wtrącał on angielską frazę, wypowiadaną na charakterystycznym chińskim ‚akcencie’ angielskim (wybuchowym) wydechu „Cable car, go high!”. Początkowo nie zwracaliśmy na to uwagi, ale kiedy nawet przy pytaniu o jedzenie, do jego chińskiej wypowiedzi wkradło się ponownie ” Cable car, go high!”, nie mogliśmy się już powstrzymać od śmiechu.

Szybko okazało się jednak, że nie bez powodu ostrzelał on nas tym hasłem tak wiele razy.

Pewni tego, że na mur wejdziemy schodami, postanowiliśmy najpierw coś zjeść. Na szczęście, pod murem urządzono urocze turystyczne miasteczko w moim ulubionym kiczowatym stylu, z makdonaldem, subwayem, kfc i mnóstwem sklepików z chińskimi pamiątkami. Były też klimatyczne fast-foodowe restauracyjki z chińskim jedzeniem w europejskim stylu,  które – w zasadzie jak wszędzie w świecie – wykorzystują instytucję naganiacza ulicznego, czy jak to się mówi w Krakowie, „promotora”, aby zaprosić przechodniów do wejścia. Ponieważ zima, i ponieważ „przechodniów” nie było aż tak wielu, co sprytniejsi zamiast wystawać na mrozie zaopatrzyli się w mikrofon i ilekroć widzieli nadchodzących turystów, łapali zań ochoczo i wesoło pokrzykiwali do potencjalnych klientów. Byłam naturalnie zachwycona.

Na szczęście, śniadanie zjadłam wcześniej w hotelu. Chiński fast-food niespecjalnie do mnie przemawiał. Gdy już wszyscy wciągnęli kurczaki i smażony ryż, ruszyliśmy podbijać mur. Pełni energii, stanęliśmy u stóp schodów, które początkowo – przynajmniej dla mnie – nie wyglądały groźnie… Szybko jednak zaczęła się prosta eliminacja palaczy i tych, którym wysiłek  fizyczny jest obcy. Mimo że przez jakiś czas żyłam w siłowniowym ‚denial’, schody nie miały prawa mnie pokonać, co nieomal stało się z połową naszej grupy. Dokonując jednak przerw co 10 stopni, jakoś dotarliśmy na szczyt. Po drodze jednak zgodnie stwierdziliśmy, że może kierowca pełen był najlepszych intencji, usiłując przekonać nas że „Cable car, go high!”, i że może niekoniecznie próbował naciągnąć nas na jazdę kolejką, z której jak podejrzewaliśmy miał jakiś profit.

No a po dotarciu na szczyt, cóż więcej można opisać – przeżycie było niesamowite. Nie mogłam uwierzyć, że moja noga stanęła na kolejnym ze współczesnych cudów świata!

Mur ciągnie się i ciągnie. W wąskich przejściach i ciasnych wieżyczkach wciąż można poczuć ducha dawnych czasów, gdy strażnicy strzegli granic chińskiego imperium przed wrogiem.  Łatwo sobie wyobrazić ich przemierzających kamienne ścieżki i spozirających przez malutkie okienka. Można też zostawić „ślad po sobie” w postaci podpisu na specjalnie przygotowanych do tego tablicach.

Pospacerowawszy po murze, gdy już poczuliśmy się wystarczająco przeniesieni w czasie, jako metodę powrotu postanowiliśmy wybrać zjazd w dół ‚bobslejem’. Tabliczka jasno przestrzegała przed zbytnim rozpędzaniem się, czego konsekwentnie strzegli porozsadzani w kilku krytycznych momentach trasy chińscy strażnicy. Do tej pory nie wiem jednak, jak można te saneczki rozpędzić tak, by prędkość była niebezpieczna, ja miałam problem by w ogóle zjechać w dół! 😀

Żałowałam, że czasu nie starczyło mi by dotrzeć jeszcze do Zakazanego Miasta. Następnym razem! Cieszę się, że do Pekinu mam jeszcze po co wracać 😉

Gdzie diabeł tasmański mówi dobranoc

Z okazji  moich urodzin, postanowiłam zrobić sobie, jak się okazało, dość kosztowny prezent – polecieliśmy na Tasmanię.

Tasmania, Tanzania, Tam…. co? No właśnie, okazuje się że łatwo jest pomylić Tasmanię z innymi miejscami, już nie mówiąc o tym, by zlokalizować ją na mapie. Moja praca daje mi choć tyle, że zmusza do ciągłego na mapę spoglądania, choć mi też zdarzają się „wpadki” typu nieskoordynowanie garderoby spakowanej do walizki z porą roku, do jakiej się udaję. Tasmania jest australijską wyspą, która jest jednocześnie jednym z sześciu australijskich stanów. Położona jest na południowy-wschód od wyspy „głównej”, zaledwie godzinę drogi samolotem od Melbourne. Na tyle blisko, że Australijczycy prędzej polecą na Bali niż do stolicy Tasmanii, Hobart.

Moja kosztowna podróż zaczęła się od zwykłych, bo do takich już tylko przywykłam, kłopotów na lotnisku. Mgła w Dubaju, opóźnione loty, przesiadki, na które nie zdążyłam, noc spędzona na lotnisku na Bali i dotarcie do celu z wielkim opóźnieniem i kilkoma biletami na loty, na które i tak nie zdążyłam, typowe. Na szczęście, po wielogodzinnych turbulencjach, dotarłam do Melbourne, w sam raz na imprezę z okazji Dnia Australii.

Dzień później, lekko zmęczenie, lecieliśmy do Hobart. Powitała nas mżawka i pogoda nieco w polskim, wczesnojesiennym stylu. Troszkę jednak się rozpogodziło i wieczorem poszliśmy na spacer. Hobart jest drugim najstarszym miastem w Australii, które funkcjonowało na początku jako kolonia karna. W mieście panuje więc trochę klimat „dawnej epoki”, zwłaszcza w zabytkowym centrum, gdzie króluje wiktoriańska, kolonialna zabudowa. Zatrzymaliśmy się w dzielnicy Battery Point, tuż obok słynnego Salamanca Market. Lokalizacja była wspaniała, gdyż wokół znajdowało się kilka doskonałych na śniadanie, piwo, kawę czy kolację miejsc, a to jak wiadomo w podróży najważniejsze.

Następnego ranka ruszyliśmy poza miasto. Nie trzeba jechać daleko, a widoki szybko zaczynają zapierać dech w piersiach. Dobrze że to nie ja musiałam prowadzić bo głowa na pewno chodziłaby mi na boki i ciężko byłoby skupić się na trasie! Najpierw dotarliśmy do Tessellated Pavement, czyli skały, na której pod wpływem pradawnych zjawisk powstały wyżłobienia, ułożone w zadziwiająco symetryczny sposób. Po drodze nie sposób było nie zatrzymać się przy Eaglehawk Neck, skąd roztaczał się widok jak z pocztówki. Naszym celem było jednak dojechać nieco dalej, do Port Arthur, które słynie głównie z  tego, że mieściło się tam kiedyś więzienie, w którym ponoć do tej pory czasem straszy, i z krwawej masakry z 1996 r., podczas której jeden człowiek zastrzelił kilkadziesiąt osób. O dziwo, to z tym w pierwszej kolejności sporo Australijczyków kojarzy tę miejscowość.

W Australii jak to w Australii, z każdego budynku z jakiego mogą zrobią muzeum, do ruin w Port Arthur wstęp był płatny, postanowiliśmy więc więzienia nie zwiedzać i pojechaliśmy dalej, do Tasman National Park na Półwyspie Tasmańskim. Spośród mnóstwa dłuższych i krótszych tras po Tasmanii, wybraliśmy tę wiodącą do Cape Raoul. Przy okazji, ciekawostką była dla mnie metoda prowadzenia spisu wędrowców, którzy danego dnia wyruszyli na dany szlak – przy tablicy oznaczającej jego początek, przymocowano papierowy zeszyt, w którym każdy odnotowuje godzinę rozpoczęcia wędrówki i powrotu, zostawiając także swoje dane kontaktowe.

Naturalnie, zamiast przewidywanej przez przewodnik pięciogodzinnej wędrówki, urządziliśmy sobie o dwie godziny krótszy wyścigowy rajd po szlaku, którego niesamowity krajobraz zmieniał się co 100 metrów. Było pięknie! Lekkie obawy co do pogody nie były bezpodstawne, troszkę nas zmoczyło, a na samym końcu trasy prawie nas też zwiało.

Niestety, po wspaniałej mimo wszystko pogodzie dnia pierwszego, kolejne dni dały nam trochę w kość, znacznie zmieniając nasze plany i ograniczając możliwości. Następnego dnia od rana lało. Wykorzystaliśmy przedpołudnie na wizytę w jednym z najbardziej cenionych australijskich muzeów, czego – jak się potem okazało – z całego wyjazdu na Tasmanię wszyscy znajomi Australijczycy najbardziej nam zazdrościli. Wychowani w Europie, okazuje się, że mamy chcąc nie chcąc dość wysokie wymagania i standardy jeśli chodzi o kulturę wysoką, ktoś może powiedzieć, że jesteśmy trochę zepsuci. Pamiętam, jak przy okazji zeszłorocznej wizyty w paryskim Centre Pompidou, opowiadałam Robowi o bohemie, awangardzie, o życiu Picasso i przełomowych artystycznych wydarzeniach. Znudzony po sekundzie Rob niby mnie jeszcze słuchał, ale przyglądając się jakiejś słynnej instalacji, powiedział: a my na Tasmanii mamy MONA. Europa Europą, swoje wieki tradycji i miliony galerii i wystaw możemy sobie schować, bo to Australia ma MONA! Museum of Old and New Art, założone w 2011 przez tasmańskiego kontrowersyjnego milionera, jest jedną z głównych atrakcji Tasmanii i rzeczywiście przyciąga mnóstwo turystów. Sztuka prezentowana w muzeum też jest dość kontrowersyjna. Pośród pochodzących z całego świata i rozmaitych epok eksponatów, można zobaczyć np. otoczoną lekkim odorkiem, ustawioną na uboczu maszynę, zmieniającą jedzenie w ekskrementy, gipsowe odlewy kobiecych miejsc intymnych, których „właścicielki” reprezentują odmienne kultury, stany i religie, człowieka, który za życia sprzedał swoją skórę, i wytatuowany siedzi pogrążony w medytacji jako „żywy obiekt muzealny”, a jego skóra po śmierci ma zawisnąć na muzealnej ścianie, piasek z Hiroszimy, egipskie, pokryte hieroglifami tabliczki… Muzeum zdecydowanie robi wrażenie, także sama jego lokalizacja, tuż nad urwiskiem nad zatoką.

Pełni jeszcze nadziei, że mimo oberwania chmury, dotrzemy do Parku Narodowego Freycinet, bo może za następną górą tejże chmury już nie ma, jechaliśmy dalej. Po drodze mijaliśmy Richmond, w którym znajduje się najstarszy wciąż używany most w Australii (!), i Rob specjalnie zajechał na drugą stronę rzeczki, żebym mogła się temu XIX-wiecznemu mostkowi przyjrzeć. Do Richmond wróciliśmy szybciej, niż się spodziewaliśmy, gdyż kilkadziesiąt kilometrów dalej uprzejmy pan policjant zawrócił naszą wyprawę, mówiąc, że co jak co ale do Freycinet dzisiaj nie dojedziemy, bo droga zalana, kamienną lawiną zasypana, i zamknięta, a jedyna inna droga (Tasmania przecież nie za duża, to dróg też nie za wiele), w zasadzie też jest zamknięta.Musieliśmy wrócić do Hobart, po drodze zatrzymując się na degustację wina w jednej z wielu tasmańskich winiarni.

W dzień wyjazdu wybraliśmy się na weekendowy Salamanca Market. Ciągnący się w nieskończoność pas straganów i straganików obfitował w lokalne, tasmańskie miody, wina, sery czy swetry. Postanowiliśmy jeszcze przed wyjazdem pożegnać się z Tasmanią ze szczytu Mount Wellington, z którego przy dobrej widoczności można ujrzeć niemal całą wyspę. Przy dobrej widoczności  można ujrzeć cokolwiek, my jadąc na szczyt, wjechaliśmy w chmurę i nie widzieliśmy nic dalej niż na wyciągnięcie własnej ręki.

Gdy opracowywałam plan wyjazdu na Tasmanię, nie mogłam się zdecydować, co spośród tylu miejsc wartych zobaczenia wybrać. Musiałam zadowolić się więc garstką, na któą pozwalał nam krótki czas pobytu. Dodając do tego pogodę, która skutecznie uniemożliwiła mi zwiedzenie nawet tego, co wybrałam, wiem na pewno, że na Tasmanię jeszcze wrócę, bo zdecydowanie warto! Nie odstraszają mnie nawet drogie noclegi czy stuknięte samochody, których naprawy nie pokrywa moje ubezpieczenie, ale to chyba inna opowieść…

Ah, a co do tasmańskiego diabła – to widziałam go raz, na australijskim Gold Coast, w parku rozrywki Dreamworld, gdzie zamknięty na malutkim wybiegu zwierzak krążył sprintem w kółko, i gdzie strasznie było mi go żal. Na Tasmanii spotkać diabła to nie jest proste zadanie, zwłaszcza jeśli spodziewamy się diabełka ze skrzydłami, co sugerują niektóre ostrzegające o mogącym pojawić się znienacka zwierzątku znaki drogowe 😉